DPS
No Comments

Z podróży po Indiach, czyli Sai Ram Indie. Cz. XII Czas na jedną z największych atrakcji turystycznych Indii: Trawka

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Na dworcu czekał na nas kierowca, który unosząc moje imię na tekturowej kartce wysoko do góry zasygnalizował swoją obecność. Zmęczone upałem i długą podróżą uległyśmy namolnemu tragarzowi o wyglądzie biedronki. Ubrany w czerwoną bawełnianą koszulę i czarne długie spodnie w połączeniu z bardzo ciemną karnacją przypominał zdefektowanego owada z rodziny biedronkowatych. Otrzymał za sługę 100 rupii i żegnał się z nami zbyt wylewnie.

Biedroneczki są w kropeczki

Biedroneczki są w kropeczki

W ładnym i czystym Suzuki dojechałyśmy w końcu do celu podróży, czyli hotelu Greenwood, oddalonego sto osiemdziesiąt kilometrów od stacji.

– Przyjadę po was jutro o ósmej rano i zabiorę na zwiedzanie świątyń. Dziś odpocznijcie po długiej podróży.

– A wiesz może, jaka jest geneza powstania świątyń? – zapytałam dociekliwie nie odrywając wzroku znad przewodnika.

– Tak naprawdę do końca nie wiadomo. Legenda głosi, że bóg księżyca, który zakochał się pewnego dnia w ziemskiej dziewczynie zszedł na ziemię i oddał się miłosnemu uniesieniu. Spłodził z nią syna i wzniósł na cześć boskiej miłości wspaniałą świątynię. Z tego co wiem – kontynuował taksówkarz – budowle zostały odkryte w 1838 roku przypadkowo przez inżyniera brytyjskiej armii. Najbardziej znany jest kompleks świątyń zachodnich i od niego zaczniemy jutrzejszą wyprawę. Jeśli będziecie chciały zwiedzimy też pozostałe.

– Ile ich zatem jest? – zapytała zainteresowana mama.

– Do dziś z osiemdziesięciu świątyń odnaleziono dwadzieścia cztery. W każdym razie pobyt wśród fantastycznych rzeźb o tematyce seksualnej na pewno wniesie do waszego życia powiew wiosny, radości i optymizmu – zaśmiał się zadowolony z siebie.

– Szczególnie, że przybywamy z Waranasi przepełnione duchem mistycyzmu i metafizycznością – postawiłam kropkę nad i, jak miałam w zwyczaju.

Weszłyśmy do hotelu. Był ładny, w miarę czysty. Najpiękniejszą jego część stanowiło patio zajmującą sporą część holu oraz przepiękny zadbany ogród. Pokoje, jak wszędzie małe, przykurzone i ciemne nie zaskoczyły mnie ani swoją architekturą ani doborem kolorów.

– No i co teraz? – zapytałam.

– Muszę uzupełnić notatki, a ty czuj się jak u siebie w domu – powiedziała mama zapisując coś w swoim brązowym zeszycie. Nawiasem mówiąc życie ratuje mi ten jej dzienniczek, bo ja leniuch uważałam wtedy, iż wszystko zapamiętam.

– OK to pójdę poszukać jakiegoś delhi i zrobię drobne zakupy.

Zaraz za furtą hotelu, przy zatłoczonej drodze zobaczyłam drewnianą budkę z artykułami spożywczymi. Byłam i czułam się żywą atrakcję turystyczna dla tubylców, którzy wygłodniali widoku białych twarzy osaczyli mnie niczym znanych milionerów z pierwszych stron gazet. Bycie w centrum uwagi szybko mi się znudziło, więc złapałam rikszę i zamiast do hotelu poprosiłam aby zawiózł mnie do centrum miasta. Ostatecznie po długim i głośnym targowaniu zapłaciłam dwadzieścia pięć rupii za dziesięcio minutowy kurs. Stałam nad rzeką Betwa i oglądałam mój pierwszy zachód słońca w Khajuraho.

Zachód słońca w Khajuraho

Zachód słońca w Khajuraho

 

Jestem z miasta to widać :)

Jestem z miasta to widać 🙂

– Zrób mi tu zdjęcie – zawołałam do wpatrującego się we mnie przechodnia, widząc, że ostatnie promienie odbijają się w lustrzanej tafli.

Niewielkie miasteczko do którego dotarłam poza kilkoma restauracjami, zamkniętymi sklepami i krówką, która spokojnie przemierzała wyasfaltowana drogę w poszukiwaniu jedzenia nie miało nic ciekawego do zaoferowania. Tu i ówdzie drobne rudawo złote świątynie wystawały spomiędzy bujnych koron drzew. Wpatrywałam się w strzeliste wierze przez szpary ogrodzenia chcąc przybliżyć się – wygłodniała ja świątojebliwa – do Kamasutry.

– Chcesz zobaczyć świątynię z bliska? – Zapytał mnie nagle niski, to znaczy wielkości przeciętnego Hindusa, młody, ciemny człowiek.

– Niczego nie chcę – odrzekłam szorstko w obawie przed kolejnym namolnym adoratorem.

– Nawet uczestniczyć we mszy? – Na twarzy brodatego stworka pojawił się szczery uśmiech. – Nabożeństwo jest o dwudziestej, czyli za pięć minut- chodź ze mną jeśli masz ochotę.

Poszłam… oczywiście.

Jutro przyjrzę się sexom z bliska

Jutro przyjrzę się sexom z bliska

Okazało się, że brama przez którą próbowałam podglądać dżinistyczne świątynie jest zamknięta tylko z jednej strony.

– To jest kościół – powiedział pokazując mi jeden z cudów UNESCO usytuowany na wysokim tarasie. Niestety nie udało mi się już dostrzec rzeźb czy wzorów jednakże w refleksach lampy przyczepionej do górnej płaszczyzny budynku majaczyły, zaryzykuję słowa romantycznie, oryginalne kształty. Nie weszłam też do środka, tylko wśród sporej grupy tubylców próbowałam wtopić się w tłum. Na ostatnim schodku prowadzącym do wejścia pojawił się kapłan odziany w białe szaty. Długi czas mówił coś rytmicznie i melodyjnie. W pewnym momencie wszyscy zebrani podnieśli do góry ręce, a on ich chyba pobłogosławił. Obecni otrzymali prasad, czyli święty pokarm ofiarowywany bóstwu najczęściej z kokosa, banana i laddu – indyjskich słodyczy, o smaku ogólnie słodko – dobrym.

– Fantastyczne! Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś – powiedziałam do Hindusa, który nie odstępował mnie na krok.

– Przyjemność po mojej stronie. A może chciałabyś pójść teraz do dyskoteki? – zapytał, gdy wraz z innymi wiernymi wychodziliśmy już z nabożeństwa. – Tu nieopodal jest bardzo ładna restauracja nastawiona na europejskich turystów. Za chwilę zaczyna się tam zresztą zabawa.

– Nie – odpowiedziałam niemal natychmiast i zaczęłam cofać się w kierunku mostu, na którym stacjonowały riksze.

– Poczekaj, to ja cię zawiozę, daj mi proszę zarobić. Ja tez mam tu swoją rikszę. A może chciałabyś trawkę? – zapytał nieoczekiwanie.

– Nie – odpowiedziałam wystraszona. Choć po chwili dotarło do mnie, że nie jestem w Polsce tylko w Indiach, i nie kupiłabym paczki, a jednego papierosa. W życiu nie paliłam trawki i nie wiem, czy kiedykolwiek będę miała jeszcze okazję.

– Dobra, zmieniłam zdanie. Ale zapalimy już w hotelu z moją mamą. – Powiedziałam, planując szybko, że jeśli krasnalek się wypłoszy jak zawołam personel to wtedy nie kupię skręta i sprawa załatwiona.

– Ok, niech będzie.

Przyjaciel od trawki

Przyjaciel od trawki

 

A robi się to tak...

A robi się to tak…

W wielkiej konspiracji jechałam do domu wielokrotnie odwracając  się i sprawdzając, czy na pewno nikt nas nie ściga, czy nie śledzi. Co więcej, kazałam nawet biednemu, zdezorientowanemu Hindusowi jechać inna drogą, tak na wszelki wypadek… ot, w imię adrenaliny!

Chyba tylko po to miałam przyjechać do Khajuraho, aby jako stara baba… pod okiem mamy zapalić trawkę! – pomyślałam w końcu rozemocjonowana przekraczając próg hotelu.

– Mama chodź! – zakomunikowałam wchodząc w pędzie do pokoju.

– Co się dzieje?

– Byłam w mieście, mam trawkę, zaraz będziemy palić w kółku przyjaźni, chodź, chodź przed hotel! – wołałam jak oparzona.

W ogrodzie spokojnie w pełnym relaksie siedział i czekał na nas rikszarz i rozmawiał spokojnie z recepcjonistą naszego hotelu… Policja się nie zjawiła – na szczęście.

– Ale tak można? – dopytywała zdezorientowana mama.

– Niby posiadanie jednego jointa jest dopuszczalne, a my zapalimy właśnie jednego.

Muszę przyznać, że było super. Siedzieliśmy na świeżo przystrzyżonej trawie, obok stała riksza. Co chwila z naszego hotelu wychodził do nas boy i rozmawiając z nami o technikach medytacji upewniał nas, że to, co robimy to norma, dla której Niemcy i Hiszpanie zjeżdżają tu w sezonie. Śmiałam się czując, że jest mi dobrze i wcale nie dlatego, że palę ale dlatego, że robię to w towarzystwie najbliższej mi na świecie osoby. Kierowca zdradził, że jest w moim wieku, a potem chciał nauczyć mamę wszelkich technik Kamasutry chwaląc się, że inne Europejki były zachwycone jego umiejętnościami. Nie skorzystała, choć nalegał bardzo intensywnie.

– Dzięki Ci Shiwo za to doświadczenie – powiedziałam cichusieńko zamykając oczy.

cdn…

Tekst i zdjęcia: Jagoda Sobczyńska-Pruszko

Jagoda Sobczyńska-Pruszko (pseudonim artystyczny Mar Zella) – podróżniczka i dziennikarka prasowa, autorka „Hiszpańskiego pogrzebu” w którym pokazuje podróż do słonecznej Hiszpanii, miłość i konflikt wewnętrzny powstały poprzez zestawienie przeszłości z teraźniejszością. Jej życiowe motto: „Nigdy nie pozwalaj sobie na smutek lub przygnębienie. Depresja jest zła, ponieważ zaraża innych i sprawia, że ich życie staje się jeszcze trudniejsze, a nie masz żadnego prawa tego czynić. Dlatego jeżeli kiedykolwiek poczujesz się przygnębiony, postaraj się to zwalczyć”. Swoje podróże i obserwacje opisuje na autorskim blogu www.marzella.pl

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *