Eliza Sarnacka-Mahoney
No Comments

Bukiet czerwonych róż

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

cyerPrzed Młodszą mogę jeszcze czasem poudawać, że żyje w najbezpieczniejszym, najmilszym ze światów. Czytamy sobie o przygodach dziecięcego detektywa Tomusia Orkiszka (niezmordowana w produkcji dziecięcych bestsellerów Agnieszka Stelmaszyk!), przytulamy się i wszystko, co istnieje poza ścianami pokoiku o pastelowych ścianach, mogłoby równie dobrze istnieć tylko w jakiejś innej książce lub na obrazku, których nie musimy oglądać ani czytać.

Ze Starszą problem jest zgoła inny. Starsza, jak na nastolatkę przystało, ma dopracowany światopogląd, jego fundamenty – jak na nastolatkę przystało – są katastroficznie-egzystencjonalne, i wszystko, co istnieje poza murami naszego domu, mocno obecne jest także w jego środku. Trudno o temat, którego nie poszerzyłaby o kontekst zewnętrzny, grawitując przy tym mocno w stronę czarno-białych wizji i rozwiązań, błyskawicznych goli tuż sprzed bramki i deklaracji o predestynacji ludzkiej rasy. Predestynacji, uzupełnijmy, do samozagłady, bo ludzka chciwość i jej inne zgubne żądze są w naszym niedoskonałym umyśle niczym system operacyjny zdolny wykonać manewr „overwrite” na systemach logicznego myślenia i dedukcji uwzględniającej dobro ogólnoplanetarne.

Gdyby mi przyszło do głowy przekonywać ją, że żyjemy w najbezpieczniejszym, najmilszym ze światów, to mogłabym sobie z góry gratulować utraty resztek wiarygodności, jakie każdy normalny nastolatek z litości właściwie, ale jednak, zachowuje dla swoich rodziców. Na czym mu, zapewniam, szczerze nie zależy. To jednak te nędzne resztki w codziennym życiu sprawiają, że nastolatek z wyprostowanymi właśnie ortodontycznie zębami zakłada na nie na noc, po wyczerpującej wymianie argumentów, aparat (po co mi ten głupi aparat, są proste i takie już zostaną!) lub ostatecznie nie wydaje całego kieszonkowego na tiszerta w luksusowym butiku, przyjmując, z jakkolwiek wielce podejrzliwą miną, wiadomość o możliwości zakupu tego samego tiszerta za frakcję ceny online.

W przeddzień kolejnego Dnia Matki dociera do mnie z nową mocą, na ile macierzyństwo jest sztuką udawania. I to taką, w której niewiele jest pomocy z zewnątrz, bo świat, brutalny i brzydki, nie tylko istnieje poza ścianami naszego domu, ale dzięki naszym własnym pomysłom i wysiłkom (postęp i cywilizacja) wciska się do naszych domów wszystkimi możliwymi szczelinami, na dodatek z dnia na dzień robi się ich tylko coraz więcej.

O ile udawanie przed Młodszą jest w miarę do ogarnięcia – nie obudził się w niej jeszcze zew internetu, a z prasy woli czytać podsyłanego przez polską babcię „Świerszczyka” oraz subskrybowanego w jej imieniu przez amerykańską „National Geographic Kids”, dorosłe gazety i periodyki, tudzież dorosłe rozmowy to „nuda”, którą omija szerokim łukiem – udawanie przed Starszą testuje mnie jako matkę wszechstronnie. Nie schowam przed Starszą prasy, internetu, dorosłych dyskusji, w których sama coraz częściej, na ochotnika uczestniczy.

Umówiłyśmy się ostatnio, że nie będzie czytać niusów o islamskich fundamentalistach, niech już lepiej, dla lepszego samopoczucia, poogląda sobie wideohity z Danem, brytyjskim nastolatkiem, który pokazuje innym nastolatkom, dlaczego warto śmiać się z siebie i generalnie trzymać dystans do świata. Lecz cóż. Następnego dnia poszłyśmy ze Starszą do klubu fitness, Starsza zapomniała zabrać z domu własną muzykę, a tu na wszystkich ekranach akurat gorące wieczorne wiadomości z protestami z Baltimore w roli głównej. Ćwiczyć bez podkładu dźwiękowego mało kto lubi, więc przez następnych 40 minut Starsza przeszła gruntowny kurs relacji międzyrasowych we współczesnej Ameryce oraz przyspieszony kurs utraty wiary w uczciwość i intencje białych policjantów.

– Nie wszyscy policjanci to sadyści – zaoponowałam – do tego człowiek jest tylko człowiekiem i nie wiemy, a może też nigdy się nie dowiemy, co zaszło przed tym nieszczęśliwym incydentem, jaka była wymiana zdań między władzą, a aresztowanym – próbowałam udawać przed Starszą, że zbyt wiele jest w tej historii niewiadomych, by ktokolwiek już mógł dać odpowiedź na wszystkie pytania.

– Ludzie oceniają się po kolorze skóry. I jeszcze czerpią z tego przyjemność – zbyła moje udawanie Starsza.

Udawałam przez bardzo, naprawdę bardzo długi czas, bo od chwili, gdy Starsza przekroczyła próg przedszkola, że należy szanować słowa innych, zwłaszcza dorosłych, zwłaszcza nauczycieli. Tydzień temu Młodsza przeleżała popołudnie wyjąc w poduszkę, bo dwa dni przed przedstawieniem, w którym miała grać solo na pianinie, dowiedziała się od nauczycielki, że grać nie będzie. Nauczycielka obiecała jej wiosenne solo jeszcze w grudniu, gdy Młodsza nie znalazła się na liście solistów na Boże Narodzenie. Byłam przy tamtej rozmowie, słyszałam słowa, które w niej padły. Niestety, teraz nauczycielka zarzekała się, że nigdy niczego Młodszej nie obiecała, pouczając przy okazji także i mnie, że gdy ktoś mówi „być może” to jest to coś całkiem innego niż „na pewno”. Do solo na pianinie wyznaczony został kolega, ten sam co na Boże Narodzenie, syn matki dość dobrze zakolegowanej z nauczycielką.

– Najważniejsze, czego się trzeba w życiu nauczyć, to nikomu nigdy do końca nie wierzyć. Tylko wtedy będzie się mniej cierpieć – oceniła sytuację Starsza.

Może to naiwne, zbyt idealistyczne, może wyda się niektórym niedorzeczne, żeby w ogóle cokolwiek przed dziećmi „udawać”. Z drugiej strony mam nadzieję, że jest dla Państwa jasne, iż używam w tym tekście tego słowa w znaczeniu dużo szerszym, niż jego słownikowa definicja. Psycholog powiedziałby tu pewnie raczej „modelowanie”. Jedną z największych gratyfikacji, choć jednocześnie wyzwań w rodzicielstwie jest bowiem modelowanie światopoglądu, matrycy postaw i wartości, z którą nasze dzieci pójdą w świat. Wystarczająco wiele z tego procesu odbywa się w sposób nawet nie zawsze dla nas świadomy: obrazek świata jaki sami wynieśliśmy z rodzinnych domów, predyspozycje do postrzegania szklanek wpadających nam w ręce zdarzeń jako do połowy pełnych lub pustych. To, co robimy świadomie ma tym większą wagę.

Wyniki sondaży wśród rodziców i to uniwersalnie na całym świecie potwierdzają, że nie jestem w moim pokoleniu odosobniona postulując, iż rodzicielstwo jest dzisiaj trudniejsze niż było dla naszych rodziców i dziadków. Ci rodzice i dziadkowie twierdzą zresztą to samo, oddychając z ulgą, że im zostało co najwyżej martwić się z drugiej ręki. Żyjemy w erze globalnych lęków i globalnych zagrożeń, erze sankcjonowanego przez kulturę brutalizmu w formach masowego przekazu, erze propagacji postaw narcystycznych i egoistycznych. Erze zalegalizowanego pozoranctwa jako pomysłu na siebie (życie via portale społecznościowe). Czuję wobec tego wszystkiego bezsilność i złość. Otrząsam się z nich, gdy pomyślę, że jestem dla moich dzieci ostatnim bastionem, które może je, przynajmniej do pewnego stopnia, uchronić przed utratą wiary w sens bycia człowiekiem szczerym, uczciwym i jeszcze patrzącym w przyszłość z wiarą, że pryncypialnie, jako żyjemy na tym świecie nie tylko po to, by myśleć o sobie, ale i o innych.

Wiozłam Starszą na lekcję gitary. O piątej po południu główna ulica miasta była zakorkowana do granic, co niektórzy zwyczajowo dochodzili do granic swojej cierpliwości i nie omieszkali manifestować tego innym. Niebieski pikap z właścicielem bojkotującym obyczaj sygnalizowania manewrów wcisnął się przed nas w ostatniej chwili, gdy zielona strzałka na jego pasie skrętu w lewo zmieniła się na żółtą i zorientował się, że już go nie przepuści. Gdyby nie mój refleks, a zwłaszcza sprawne hamulce, stłuczka byłaby jak nic.

– I do tego nasza wina, bo jak się w kogoś wjeżdża z tyłu, zawsze jest na ciebie – fuknęłam na głos.

– Ponieważ ludzie są do dupy!* Co im zależy na innych, ważne, że im jest dobrze – natychmiast pochwyciła Starsza. Nim miałam czas wyjść z jakimś mocnym kontrargumentem, zdążyła dodać: – A nawet jak zrobią coś pożytecznego, to tylko po to, żeby się lepiej poczuć, dowartościować!

Wysadziłam ją pod szkołą muzyczną z sercem cięższym niż zwykle, bo co tu owijać w bawełnę, akurat wtedy, w tej chwili, czułam, że niestety, ale się z nią zgadzam, i popędziłam – ot los współczesnej, zorganizowanej po zęby matki – do pobliskiego supermarketu, gdzie co tydzień w czasie tej lekcji robię zakupy spożywcze.

Przeciągałam kartą płatniczą po maszynie, gdy kasjerka wypadła nagle zza lady i pobiegła do stoiska z kwiatami. Wybierała, przebierała, wróciła z pękiem czerwonych róż i jak gdyby nigdy nic wcisnęła mi je do torby między woreczek z makaronem, a mrożonkę warzyw. Popatrzyłam na nią jak na zjawę.

– Tak mi się widzi, że przydałby się dzisiaj pani jakiś mały prezent. Dobrze myślę? – uśmiechnęła się całą sobą, aż wszystko wokół pojaśniało.

Podziękowałam i teraz z kolei ja wybiegłam ze sklepu, nie chciałam, żeby zobaczyła w moich oczach łzy.

– Obejrzyj się za siebie, co widzisz? – zagaiłam Starszą, gdy już wracałyśmy tą samą, ale mniej zakorkowaną ulicą do domu. Torby wstawiłam między siedzenia w środku samochodu.

– W sklepie byłaś – odpowiedziała. – O, i kwiatki kupiłaś? Dla kogo? – zainteresowała się.

– Nie kupiłam tych kwiatków. Dostałam. Od ekspedientki w sklepie.

Teraz Starsza popatrzyła na mnie jak na zjawę.

– Za co?

– Za nic. Za to, że ekspedientka chciała mi sprawić przyjemność. Za to, że ewidentnie zobaczyła w mojej twarzy coś, co podpowiedziało jej, że mam dzień pod górkę i że na swój sposób chciała mi pomóc.

– Znasz ją? – ściągnęła brwi Starsza.

– Nie – pokręciłam głową. Starsza jeszcze szerzej otworzyła ze zdumienia usta.

– Ale wiesz, co w tym wszystkim jest najciekawsze? – ostatnia, zbłąkana łza zapiekła mnie pod powieką, ale ostatecznie wycofała się bez śladu. – Że jestem absolutnie przekonana, iż ani przez chwilę nie przeszło tej pani przez głowę, by przez ten gest wobec mnie, samej się dowartościować. Zrobiła to instynktownie. Z potrzeby serca. Z podpowiedzi ludzkiego, wrażliwego serca.

Starsza przygryzła wargi. Wypuściła z siebie powietrze. Przejechała palcem po szybie, wolno, jakby chciała rozciągnąć tę chwilę w nieskończoność, a potem skinęła głową i uśmiechnęła się, aż wszystko wokół pojaśniało.

– Nie wszyscy ludzie są do dupy? – zapytałam.

– Nie – odpowiedziała stanowczo.

Od tamtego wydarzenia minęło już kilka tygodni, ale myślę o nim właśnie dzisiaj, w przededniu Dnia Matki. Nie żyjemy w najbezpieczniejszym, najmilszym ze światów, ale wciąż żyjemy w świecie pełnym całkiem fajnych, a przede wszystkim dobrych ludzi. Bunt nastolatki minie, czarno-białe wizje naciągną odcieniami szarości, pozwalając na bardziej realistyczne oceny zjawisk i ludzi. Dla mnie jako matki, zaszczepienie w niej postawy, by na przekór wszystkiemu wierzyć w człowieka, będzie, być może, najważniejszym darem, z jakim wyprawię ją w samodzielną przyszłość.

Eliza Sarnacka-Mahoney

zachowałam oryginalne słownictwo mojej starszej córki

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *