Danuta Świątek

“Nie wiem kim jestem, czyli mama nie mówiła do mnie po polsku”

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

languages

O dwujęzyczności z perspektywy Polki, mieszkającej we Francji – rozmowa z Faustyną Mounis, doktorem psychologii, psychologiem klinicznym, współautorką książek dla dzieci i członkiem francuskiego stowarzyszenia promocji dwujęzyczności Café Bilingue. Doktor Mounis ma męża Francuza i czterech synów.

Część 2

Jest pani psychologiem. Jak często trafiają do pani na terapię dzieci z powodu dwukulturowości? Myślę tu o uczuciu wyobcowania, samotności i depresji z powodu zmiany kraju zamieszkania i braku znajomości języka i kultury. 

Jako psycholog faktycznie otrzymuję wiele wiadomości (głównie drogą internetową) od polskich rodziców z całego świata. Zwraca się do mnie o pomoc, poradę wiele mam małych dzieci dwujęzycznych. Myślę, że jest to związane ze specyfiką mojego bloga http://www.dziecidwujezyczne.blogspot.com/, gdzie dzielę się refleksjami oraz metodami pracy głównie z małym dzieckiem. Wynika to z faktu, że mój najstarszy synek ma niespełna siedem lat, a inspiracją dla mojej pracy jest osobiste doświadczenie wychowania dwujęzycznego.

Rodziny, jakie spotykam w czasie konsultacji, najczęściej borykają się z lękiem dotyczącym rozwoju językowego dziecka, wyborem strategii wychowania dwujęzycznego, problemem utrzymania języka polskiego, problemem w relacji z dzieckiem. Niekiedy powodem konsultacji jest też konflikt wokół języków – związany często z miejscem, jakie zajmuje każdy z małżonków w systemie rodzinnym, z osobistą historią każdego z rodziców.

Do tej pory problem samotności, tęsknoty czy wręcz depresji częściej spotykałam u rodziców niż u samych dzieci dwujęzycznych. Dzieci, szczególnie te urodzone poza granicami kraju, lub przybywające z Polski w bardzo młodym wieku, wykazują ogromne zdolności adaptacyjne. Oczywiście integracja nie zawsze jest łatwa, trudność tę zauważyć można szczególnie u rodzin, gdzie oboje rodziców jest Polakami, lecz zdarza się ona także w rodzinach mieszanych. Ale to, jak dzieci będą przeżywać emigrację w dużej mierze zależy od tego, jak przeżywają ją rodzice. Wyjazd z kraju nigdy nie jest łatwym wydarzeniem, jakkolwiek można by na to patrzeć. To często kompleksowa sytuacja, gdzie obok bardzo pozytywnych emocji i uczuć: satysfakcji, dumy, niekiedy ulgi, odnajdujemy elementy prawdziwego procesu żałoby – po kraju, po rodzinie, po przyjaciołach. Jeżeli jednak mama i tata potrafią w miarę dobrze odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tworzą w niej więzi i relacje z innymi, potrafią korzystać ze spuścizny kulturowej, społecznej nowego kraju, komunikować się w jego języku, dziecku łatwiej będzie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, której nie będzie odbierać jako niebezpiecznej, prawdziwie obcej.

Oczywiście spotkałam się z sytuacjami rzeczywistego cierpienia u dzieci, nastolatków, czy nawet osób w wieku wczesnej dorosłości polskiego pochodzenia. Wynikały one najczęściej nie z powodu nieudanej integracji (przynajmniej nie bezpośrednio) lecz z braku dobrej komunikacji z rodzicami, z korzeniami, a w rezultacie utrudnionej relacji. Nawiązanie dialogu często utrudnione było poprzez całkowity brak przekazania języka polskiego. „Nie wiem kim jestem, chciałabym dotrzeć do moich korzeni, a nie mam klucza, który otwiera drzwi” – dzieliła się ze mną ostatnio młoda kobieta, której mama – Polka, zawsze mówiła do niej po francusku.  

Jak rodzic może pomóc dziecku, gdy trafia ono do innego kraju, gdzie trzeba wszystko zacząć od początku?

Rozumiem, że pytanie dotyczy emigracji dzieci, to znaczy dzieci, które wyjechały z kraju w wieku, w którym już ukształtowały przynajmniej podstawy języka, nawiązały pierwsze relacje, zdobyły ważne doświadczenia. Takie dzieci doświadczają już zmiany w sposób świadomy. Jaki im pomóc? Oferując im dobry fundament, na którym będą mogły dalej budować swoje życie, wzbogacając znane już im materiały budowlane o inne, różne.

Każdy początek potrzebuje dobrej bazy, budowania na skale. Wsparcie, jakiego doświadcza dziecko w rodzinie jest czynnikiem ogromnie ważnym, jeżeli chodzi o jego integrację w nowym świecie. Jeżeli to wsparcie istnieje, jeżeli rodzina stanowi dla niego stabilną bazę, jeżeli ma ono szansę na przeżycie ze swoimi najbliższymi prawdziwego dialogu, takie dziecko nie powinno mieć większych problemów ze znalezieniem swojego miejsca w nowym kraju. Miejsce, jakie zajmujemy na zewnątrz często bowiem jest związane z miejscem, jakie przydzielono nam wcześniej wśród bliskich, miejscem, jakie nauczyliśmy się zajmować. 

Wsparcie pochodzące z rodziny nie może być tylko psychologiczne, dobrze by było, gdyby miało ono także wymiar konkretny, prawie materialny w postaci pomocy w nauce języka, w pomocy w nawiązywaniu relacji z innymi dziećmi, osobami. Często widziałam rodziców, którzy starali się mnożyć zaproszenia, okazje do spotkania rówieśników, pokazywali dziecku bogactwo kultury, kina, muzyki nowego kraju. To dobra droga, bo to droga do drugiego człowieka.

Można by więc powiedzieć, że dziecko jest w jakiś sposób lustrzanym odbiciem kondycji psychologicznej rodziny czy rodziców. Ale uwaga! Dziecko jest kimś o wiele więcej, nie jest jedynie zdeterminowane przez swoje pochodzenie, przejawia potencjał i wolność. Nawet w bardzo trudnej sytuacji emocjonalnej rodziny może ono rozwinąć niesamowite zdolności adaptacyjne. Ważne jednak, aby pomimo tych umiejętności dziecko zostało dzieckiem, nie spełniało roli, jakiej dorośli nie mogą wykonać ze względu na brak znajmości języka i kultury kraju, do jakiego przyjechali. Myślę tutaj o pewnej sytuacji, jakiej nie tak dawno byłam świadkiem w autobusie. Mała dziewczynka, może ośmio- czy dziewięcioletnia, która przewodniczyła wielopokoleniowej, blisko dziesięciososobwej wyprawie dorosłych ze swojej rodziny, mówiących w obcym języku, dziewczynka służyła im za tłumacza, przewodnika, organizatora. Rozkazywała mocnym tonem, kto, gdzie, co i jak ma robić, siadać, wysiadać. Miałam wrażenie, że widzę dorosłego menedżera, a nie małą dziewczynkę. Nie takie powinno być miejsce dziecka dwujęzycznego. Dziecko dwujęzyczne, to przede wszystkim dziecko.

Drugim więc czynnikiem niezwykle ważnym, dającym dziecku dwujęzycznemu oparcie jest to, jak jego rodzice odnajdują się w nowej rzeczywistości, czy sami stają się aktorami nowego świata, czy podejmują inicjatywę i w sposób czynny uczą się nowego życia, języka, funkcjonowania, czy biernie znoszą, unikają. To, w jaki sposób jego bliscy otwierają się na nowość, będzie dla niego lekcją. Postawa jego rodziców pokaże mu jak odbierać nową rzeczywistość. Bać się jej czy się nią zachwycać?

Przekazanie języka i kultury polskiej oraz szacunek do kultury i języka drugiego kraju wydaje się być czynnikiem najważniejszym i wystarczającym do tego, aby dziecko odnalazło się w swoim dwujęzycznej i dwukulturowej egzystencji. Istnieją jednak etapy w życiu, kiedy rodzic ponad szacunek do języka i kultury powinien postawić szacunek do osoby, szacunek do swojego dziecka. Szczególnie w okresie nastoletnim. W tym bardzo wrażliwym relacyjnie czasie, wysiłki rodzica powinny się skoncentrować na relacji z młodym, kształtującym się, chcącym się odróżnić człowiekiem. Język nie jest w tym okresie celem, lecz środkiem do nawiązania porozumienia. Dlatego dobrze, kiedy poczynionych jest wiele wysiłków w stronę umocnienia języka polskiego, zanim okres dorastania nastąpi. W tym celu wyszłyśmy z dr Elżbietą Ławczys z inicjatywą zakładania miejsc spotkań dla mam z dziećmi polskojęzycznymi, jakie nazwałyśmy od bohatera naszej publikacji dla najmłodszych Kluby Tutusia. Wspominałam o nich już wcześniej.

Jaka jest pani recepta w domu na wychowanie synków, by byli dwujęzyczni?

Język polski w najróżniejszych formach, z przyjemnością, z poczuciem humoru, w zabawie, kreatywnie. Dużo czytamy i gramy w gry, często też bawię się z dziećmi przy pomocy zabawy symbolicznej i dramy, przebieramy się, odgrywamy wymyślone przez nas scenariusze. Dwóch starszych synków uczę czytać po polsku. 

Nie mam tak naprawdę recepty na dwujęzyczność, natomiast mam kilka wartości, których chciałabym przestrzegać. Nie zawsze mi się to całkowicie udaje, ale mam wrażenie, że jest coraz lepiej.

Pierwszą z tych wartości jest pokora wobec drugiego człowieka – dziecka. Każdego dnia uczę się, a moimi najważniejszymi nauczycielami są moje dzieci. Oczywiście staram się wzbogacać wiedzą innych specjalistów, opracowałam między innymi specjalny program polskich przyczółków (pôles monolingues według François Grosjean). Są to miejsca jednojęzyczne, polskojęzyczne, w jakich dzieci odczują potrzebę i konieczność komunikacji w języku polskim. Często jednak zdaję sobie sprawę, że życie weryfikuje naukowe badania i założenia. Nie zawsze wszystkie hipotezy się sprawdzają, a dane czynności przynoszą zamierzony efekt. Osoba ludzka, a każde dziecko jest osobą, jest unikalna i inna. Mnie trud wychowania dwujęzycznego doprowadził do przekonania, że nad dzieckiem nie można roztoczyć kontroli, umieścić go w jakiejś kategorii i stosować określone techniki, które szybko wydadzą oczekiwany rezultat. Pomiedzy bodźcem a reakcją jest miejsce na wolną wolę, jak mówi Victor Frankl. Jako rodzice możemy proponować wiele rozwiązań, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że dziecko, wybierze tylko niektóre z nich. Przekonałam się na przykład, że każde zranienie godności dziecka, np. przekazywanie języka w autorytarny czy manipulacyjny sposób (zastraszanie, szantażowanie, manipulowanie, wywoływanie poczucia winy, ale też przekupywanie) nie przyniesie do końca dobrych efektów. Czasami też jest tak, że pomimo wspaniałych i bardzo trafnych metod wychowania dwujęzycznego rodzice mają wrażenie, że ich wysiłki skazane są na niepowodzenie. Dziecko jest osobą, a osoba jest wolna. Ta prawda jest najpiękniejsza, ale też najtrudniejsza do zaakceptowania dla rodzica dziecka dwujęzycznego. Dla mnie przynajmniej taka pozostaje. Dobrą nowiną jest to, że jeżeli zgodzimy się na wolność dziecka (uwaga – nie na samowolę) i będziemy je szanować, owocem naszej postawy będzie dobra relacja.

Drugą z ważnych dla mnie wartości jest właśnie relacja z dzieckiem. Język i relacja są ze sobą nierozłącznie związane. Język rozwija się w relacji, a relacja wzrasta między innymi dzięki językowi. Aby rodzic mógł przekazać dziecku swój język, musi istnieć między nimi relacja. Dziecko uczy się w relacji, dobra więź daje mu zaufanie, pokazuje mu, że warto iść w jakimś kierunku, że jest tam dobro, bezpieczeństwo. Relacja natomiast kształtuje się , rozwija dzięki dialogowi, dzięki dyskusjom, dzięki dzieleniu się doświadczeniem, odczuciami.

Staram się zbudować przede wszystkim relację z moimi dziećmi, sprawić, aby była ona trampoliną dla języka, aby chciały ze mną rozmawiać, aby czuły się ze mną bezpiecznie, aby była między nami więź. 

Trzecią taką wartością, która służy rozwojowi relacji jest cierpliwość. Dwujęzyczność to nie stan, to proces. Nieustannie się zmienia, ewoluuje. W wychowaniu dwujęzycznym są wzloty i upadki, chwile trudniejsze i wspaniałe momenty. Często mówi się o konsekwencji w działaniu rodzica dziecka dwujęzycznego, że jest ona taka ważna. Wolę mówić, że to cierpliwość jest ważna. Konsekwencja ma w sobie coś twardego, sztywnego, cierpliwość jest zaletą miłości. Oczywiście należy być konsekwentnym w działaniu, ale także bardzo cierpliwym, gdyż na niektóre owoce trzeba czekać bardzo długo. Ale są, pojawiają się! Nigdy nie należy tracić nadziei. 

Jak wygląda u was rozmowa przy obiedzie? W jakim języku? 

Przy obiedzie, w naszym domu, pojawiają się dwa języki, z główną przewagą francuskiego, języka męża, języka otoczenia, języka szkoły, krótko mówiąc języka większościowego. Język francuski szybko stał się językiem dominującym chłopców, dlatego musimy mnożyć wysiłki, aby umocnić język polski. Mam ogromne szczęście, że mój małżonek wykazuje duże zainteresowanie polskim językiem i polską kulturą, dobrze rozumie język polski i potrafi się w nim porozumieć. Jest to ogromnym wsparciem dla moich wysiłków przekazania chłopcom mojego języka ojczystego. Szczególnie w wymagającym dla nas okresie, jaki nastapił po narodzinach naszych ostatnich synków.

Przeprowadziliśmy na ten temat wiele dyskusji z moich mężem i postanowiliśmy nawet, że na rzecz utrzymania języka polskiego niekiedy będziemy odstępować od strategii OPOL (jedna osoba, jeden język) na rzecz MLaH (język mniejszościowy w domu). Małżonek stara się więc w niektórych, prostych komunikacyjnie sytuacjach zwracać do chłopców po polsku. Dla nich to bardzo ważny znak, że tata interesuje się językiem mamy, że warto w nim mówić.

A o czym mówimy przy stole? O codziennych i niecodziennych wydarzeniach, planach na wakacje, odpowiadamy na pytania chłopców, słuchamy, jak opowiadaja nam ich przygody z kolegami, w szkole. Ostatnio nasze konwersacje zdominowane są też nieco przez pasje historyczne najstarszego syna, który z perspektywy swojego sześcio i pół letniego życia próbuje zgłębić tajniki drugiej wojny światowej i wojen napoleońskich. Muszę się czasami nieźle namęczyć, aby opanować po polsku odpowiednie militarne słownictwo. Średni synek wypytuje nas często o różne instrumenty i muzyki, najmłodsze bliźniaki zaczynają mówić pierwsze słowa, ku mojej radości po polsku. 

Dziękuję za rozmowę i życzę jak najwięcej polskich wyzwań językowych w domu.

 

Rozmawiała: Danuta Świątek

 

Pierwsza część wywiadu z Faustyną Mounis http://www.dobrapolskaszkola.com/2015/06/29/dziecko-wie-jaka-wartosc-ma-jego-drugi-jezyk/

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *