Karol Chlipalski
No Comments

Nie trać czasu na porównywanie

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page
Fot. iStock

Fot. iStock

Każde dziecko jest inne i rozwija się w swoim własnym tempie. Dwujęzyczność dodatkowo może sprawić, że indywidualne różnice w przebiegu nauki mówienia mogą rysować się jeszcze wyraźniej. A to z kolei powoduje, że wielu rodziców martwi się na zapas. Zazwyczaj niepotrzebnie. 

Skoro dwuletnia Joasia z sąsiedztwa mówi już pełnymi zdaniami, a nasz trzyletni Jaś zna kilka słów na krzyż, to znaczy, że coś z nim jest nie w porządku – tego typu konstatacje spędzają sen z powiek wielu rodziców. A skądinąd wiadomo, że nie istnieje nic takiego, jak sztywny wzorzec rozwoju językowego dziecka. Nie można powiedzieć, że prawidłowo rozwijające się dziecko musi zacząć gaworzyć dokładnie w 10 miesiącu życia, a pół roku później ma znać 183 pojedyncze słowa. Wszelkiego rodzaju punkty odniesienia w rozwoju językowym, jakie można znaleźć w literaturze, są orientacyjne, a specjaliści na osiągnięcie ich pozostawiają dzieciom wielomiesięczne przedziały czasowe. Tym niemniej wielu rodziców powodowanych dobrymi chęciami niepotrzebnie zamartwia się, gdy okazuje się, że inne dzieci wyprzedziły ich pociechy.

Od czego zależy więc to, że dwuletnia Joasia wyprzedziła w rozwoju językowym o rok starszego chłopca. I czy rzeczywiście wyprzedziła? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. I to z kilku powodów.

Ziarno fasoli rozwija się bez niczyich wskazówek

Przede wszystkim współczesna nauka do dziś nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie na czym dokładnie polega uczenie się mowy przez dziecko. Koncepcje są różne. Od pomysłów, że każde dziecko jest wyposażony w tajemniczy „organ językowy”, który sam z siebie w odpowiednim momencie rozwija umiejętność mówienia (jak ziarno fasoli, które samo z siebie, bez niczyich wskazówek, „wie”, co zrobić, aby stać się rośliną), aż po teorie, że mówienie jest rodzajem zachowania złożonego, jakiego można się nauczyć w czysto mechaniczny sposób np. na podobnej zasadzie jak prowadzenia samochodu.

Po drugie, proces ten nie musi u wszystkich przebiegać w identyczny sposób, poszczególne jego etapy, również te, które powszechnie uważa się za „kamienie milowe”, nie muszą przebiegać w tej samej kolejności. Jak pisze Barbara Zurer Pearson w swojej książce „Jak wychować dziecko dwujęzyczne” (Media Rodzina 2013), jedne dzieci mogą np. szybciej rozwijać znajomość słownictwa, podczas gdy ich znajomość gramatyki będzie bardzo niedoskonała; inne – wolniej będą ujawniały znajomość kolejnych słów, ale jak już coś powiedzą, będzie to zazwyczaj poprawne pod względem gramatycznym.

Wcale nie jest też powiedziane, że dzieci, którym więcej czasu zajęło osiągnięcie pewnego etapu rozwoju, kolejne etapy będą przechodziły w podobnym – wolniejszym niż w przypadku  rówieśników – tempie. Niejednokrotnie zdarza się, że dziecko, które stosunkowo późno wymawia swoje pierwsze słowa, zaczyna od razu od wypowiedzi złożonych z kilku słów, „przeskakując” niejako „typowy” okres pojedynczych słów i wyrażeń dwuwyrazowych.

Jak najwięcej „inputu”

Wciąż nie ma również zgody naukowców na temat tego, do jakiego stopnia za tempo nabywania języka odpowiedzialne są cechy indywidualne samego dziecka, a do jakiego wykorzystuje ono otoczenie, aby wyabstrahować ze słyszanej przez siebie mowy materiał językowy, który posłuży do późniejszej nauki. Nawet zwolennicy tezy, że mówienie jest umiejętnością wrodzoną człowiekowi, zgadzają się z tym, że tempo jej nabywania, zależne jest w dużym stopniu od ilości – jak to określają językoznawcy – „inputu”, czyli pełnowartościowego materiału językowego, jaki dociera do dziecka z otoczenia.

Dwójka amerykańskich naukowców Betty Hart and Todd R. Risley rejestrując interakcje pomiędzy dziećmi w wieku od siedmiu miesięcy do trzech lat, a ich rodzicami w 42 rodzinach, doszła do wniosku, że 86 – 98 proc. słów, jakich używają dzieci pochodzi od rodziców, a co za tym idzie ich rozwój językowy jest w wielkim stopniu zależny od tego, co i jak do nich rodzice mówią. Interesujące jest to, że co i jak mówią do dzieci rodzice jest zależne od statusu socjoekonomicznego tych rodzin – dzieci pochodzące z warstw uprzywilejowanych (i bardziej wykształconych) usłyszały w ciągu nieco ponad dwóch lat – tyle bowiem trwał eksperyment – astronomiczną liczbę 30 milionów słów więcej od swoich rówieśników z najbiedniejszych rodzin. A to z kolei, nie tylko miało wpływ na ich rozwój językowy, ale również – jak się okazało w późniejszych badaniach, z udziałem tych samych rodzin – w dużym stopniu determinowało sukces, jaki odniosły w przyszłości.

Z kolei według psycholingwistek Virginii Gathercole i Eriki Hoff, to ile razy dana struktura gramatyczna będzie się pojawiała w mowie, którą słyszy dziecko, spowoduje, jak szybko uda się mu ją „rozpracować” – rozłożyć na czynniki pierwsze, a następnie samodzielnie użyć w wypowiedziach i zapamiętać. Jest rzeczą oczywistą, że dzieci, z którymi więcej się rozmawia, mają szanse częściej stykać się z określonymi słowami i strukturami gramatycznymi potrzebnymi do tego, aby zaczęły mówić, a później rozwijały tę umiejętność.

Dwujęzyczne dzieci pracują na dwóch systemach

I tu zbliżamy się do odpowiedzi na pytanie, dlaczego dzieci dwujęzyczne mogą (choć wcale nie muszą) wydawać się „opóźnione” w stosunku do swoich jednojęzycznych rówieśników. Skoro dla rozwoju językowego dziecka tak istotna jest ilość „inputu”, jaki otrzymują od otoczenia, to nie sposób nie zauważyć, że w ich przypadku mamy do czynienia z materiałem językowym w dwóch (lub więcej) językach. Z tego z kolei wynika, że dzieci te muszą „pracować” nie na jednym zestawie słownictwa, czy gramatyki, lecz na dwóch (lub więcej). Dodatkowo, będą miały mniej czasu na pracę z każdym z tych systemów językowych z osobna, bowiem zarówno dla dzieci jedno- i dwujęzycznych dzień jest jednakowo długi, a liczba interakcji ograniczona. A to może naturalnie wydłużyć czas, jaki jest potrzebny dzieciom dwujęzycznym, aby rozpoczęły mówić i oznacza – czysto teoretycznie – że będą wolniej osiągały kolejne stadia rozwoju językowego.

Zazwyczaj nie powinien to być powód do niepokoju (więcej na ten temat można przeczytać w wywiadzie z prof. Paradis) – znakomita większość dzieci nie ma problemu z nadrabieniem czasu, jaki poświęciła na „rozgryzanie” elementów „tego drugiego” języka. Z czasem dzieci wychowywane w dwóch językach są w stanie posługiwać się przynajmniej jednym ze znanych sobie języków porównywalnie do swoich jednojęzycznych rówieśników. A być może również będą się posługiwały tym „drugim” z równą sprawnością; wiele zależy od ilości i jakości „inputu”, jaki otrzymają.

Postępy dziecka w nauce mówienia bywają trudnym okresem dla rodziców, którzy zazwyczaj pokładają wielkie nadzieje w swoich dzieciach. Trudno się dziwić rodzicom Jasia, że chcą dla niego jak najlepiej. Złym jednak pomysłem są próby zobiektywizowania spojrzenia na swoją pociechę poprzez porównania z innymi dziećmi, które być może rozwijają się w innych warunkach. Lepiej, aby tę energię poświęcili na dostarczanie swojemu dziecku jak największej ilości „inputu” czyli mówili do niego jak najwięcej i stwarzali mu jak najwięcej okazji do tego, aby mogło ono samodzielnie użyć poznanych struktur językowych.

 

Karol Chlipalski
Karolina Mieszkowska

 

MSZSerwis “Wszystko o dwujęzyczności” jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu Warszawskiego. Utwór powstał w ramach projektu finansowanego w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.“ realizowanego za pośrednictwem MSZ w roku 2015. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.”.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *