Karol Chlipalski
No Comments

Poszłam na łatwiznę

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page
Anna Masson

                                                                                         Anna Masson

Ironią losu jest to, że po francusku język ojczysty to „langue maternelle”, czyli „język matczyny” – mówi Anna Masson, krakowianka mieszkająca w Tuluzie. 

Czy przed urodzeniem dzieci zastanawiałaś razem z mężem, w jakim języku będziecie do nich mówić?

Założenia były bardzo ambitne: jesteśmy małżeństwem mieszanym, każde z nas jest bardzo przywiązane do swojego języka i swojej kultury, ale nastawiony pozytywnie do języka i kultury współmałżonka. Co więcej, istniała prawdziwa fascynacja tą inną, obcą kulturą, która prawdopodobnie wpłynęła też i na wzajemną fascynację… Ja mówiłam płynnie po francusku, kiedy poznałam Arnaud i byłam zauroczona francuską kulturą, literaturą, muzyką: jestem z wykształcenia romanistką. Arnaud uczył się z zapałem polskiego – chodził nawet na kursy językowe! Uważaliśmy więc dwukulturowość  za podstawę naszego wspólnego życia! Rozumiało się  więc samo przez się, że dzieci miały  w pełni korzystać z tego dwukulturowego bogactwa. Każde z nas miało mówić do dzieci w swoim języku, przekazywać swoją kulturę, dbać o tradycje … Byliśmy pełni entuzjazmu i pewni sukcesu.

Czy udawało Ci się realizować te założenia?

Kiedy dziecko jest małe i pozostaje cały czas w kręgu swoich najbliższych, sprawa jest stosunkowo prosta. Kiedy urodził się mój najstarszy syn, zwracałam się do niego tylko po polsku, śpiewałam polskie piosenki, używałam polskich zdrobnień … Kiedy nasz wspólny świat sprowadzał się do kręgu rodzinnego, komunikowanie się po polsku z moim synem było spontaniczne i bezproblemowe.

Kłopoty się zaczęły w momencie poszerzenia się tego najbliższego kręgu. Pierwsze niepewności, wahania i odchodzenia od reguły mówienia po polsku do syna pojawiły się dosyć wcześnie. Kiedy się zastanawiam, to wydaje mi się, że w obecności  różnych osób trzecich miałam tendecję do przechodzenia na język francuski. Kłopotliwa wydawała mi się bowiem sytuacja, w której wykluczam z komunikacji osoby postronne, nawet jeśli to nie do nich się bezpośrednio zwracałam. Na przykład przy teściach, którzy oczywiście nic nie rozumieli, co mówiłam po polsku do Nicolas, często przechodziłam na francuski, by ich nie stawiać w niezręcznej sytuacji.  Ale na tym etapie, kiedy Nicolas uczył się pierwszych słów, jego kontakt z obu językami był dość zrównoważony. Uczył się słów po polsku ze mną, a po francusku z Arnaud i szeroko pojętym otoczeniem (teściowie, niania, inne dzieci…) Mieszał zresztą komicznie oba języki …

Kiedy nastąpił przełom?

Zdecydowanie przełom nastąpił w momencie, gdy Nicolas poszedł do przedszkola. Kiedy chodził do niani, która pilnowała też innych dzieci, sprawa nie była jeszcze taka drastyczna, ale kiedy zaczął spędzać więcej czasu poza domem, językowy punkt ciężkości się gwałtownie przesunął. Nagle, wszyscy wokół niego mówili tylko po francusku. Jedynie mama mówiła po polsku! Był to też czas, kiedy mój drugi syn zaczął chodzić do niani. Matthieu urodził się w niecałe dwa lata po Nicolas, w momencie, gdy moje pobożne życzenia mówienia do synów „tylko po polsku” zaczęły przechodzić próbę ognia… I w sumie z nim poszłam już tylko „za ciosem” …

W jaki sposób Nicolas i Matthieu artykułowali swój sprzeciw wobec mówienia po polsku?

To głównie Nicolas zaczął gwałtownie sprzeciwiać się mojemu mówieniu do niego po polsku. Odpowiadał systematycznie po francusku, denerwował się, płakał …  Kilka razy mu się nawet zdarzyło, że z gniewu i niemocy zaczął bić głową w podłogę. Wtedy się na prawdę przestraszyłam i … skapitulowałam.

Czym – Twoim zdaniem – była motywowana ich odmowa?

Potrzebą „normalności”. Bycia takim, jak wszyscy inni w przedszkolu. Przecież wszyscy mówili po francusku: panie przedszkolanki, dzieci, ich rodzice, a nawet mama, kiedy chciała, mówiła po francusku! Dlaczego nie do mnie ? Dlaczego nie zawsze? Dlaczego tylko w obecności innych? Myślę, że to głównie moja niekonsekwencja przyczyniła się do tak gwałtownej odmowy. Tym bardziej, że pewnie mój syn wyczuwał podskórnie, że sama miałam ze sobą kłopoty w tej kwestii. Że w sumie chyba wstydziłam się mówić do niego po polsku np. na placu zabaw, czy w sklepie. Chęć niewyróżniania się w niczym od innych przeważyła.

W jaki sposób próbowałaś sobie radzić z tą sytuacją ?

Nie próbowałam! Po prostu, poszłam na łatwiznę… Ponieważ sama dobrze mówiłam po francusku (bez wyróżniającego mnie jako cudzoziemkę akcentu), skapitulowałam i robiłam tak, jak wszystkie inne mamy wokół mnie: mówiłam do synów po francusku. I wszyscy byli zadowoleni: mój mąż, moi teściowie, całe otocznie… Po prostu, normalna francuska rodzina… Ale wysłałam chłopców do polskiej szkoły sobotniej, gdzie mieli cotygodniowy kontakt z językiem. Wysyłałam ich do dziadków i do cioci w Polsce na wakacje.  No i pilnowałam, żeby czytać bajki „na dobranoc” po polsku… Oglądanie polskich kreskówek też było pomocne w podtrzymywaniu kontaktu z językiem. Choć  ulubieńcami chłopców byli przede wszystkim Reksio oraz Bolek i Lolek. Jak na złość. Bo to akurat przecież nieme kreskówki. A może właśnie dlatego były ulubione?

Czy możesz przypomnieć sobie wszystkie uwarunkowania niezależne od Ciebie, które grały na Twoją niekorzyść?

Jedynie to, że mieszkaliśmy wówczas w niewielkim mieście, które było jednolite pod względem narodowościowym. Nie było w otoczeniu innych rodzin, które używałyby na co dzień innych języków niż francuski. Ale z drugiej strony chcieć to móc, jestem co do tego przekonana. Znam dziesiątki par mieszanych, którym dwujęzyczne wychowanie dzieci wyśmienicie się udało. Ich synowie i córki mówią biegle w obu językach, piszą i czytają w obu językach…

Czym dłużej się zastanawiam i analizuję sprawę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że przeszkodą numer jeden w dwujęzycznym wychowaniu moich synów był, moim zdaniem, mój osobisty stosunek do języka francuskiego. Zanim wyjechałam do Francji, kiedy studiowałam romanistykę, moim celem i marzeniem było zawsze to, by „mówić jak rodowita Francuzka”. Fakt, że we Francji ludzie z reguły  nie zdawali sobie sprawy z tego, że nie jestem Francuzką napawało mnie dumą, ale i nie ułatwiało mi „trwania w polskości”…  Moi synowie, głównie Nicolas, musieli intuicyjnie to wyczuć i po prostu „ułatwili mi” tę chęć pełnej asymilacji…

Co dziś zmieniłabyś w swoim ówczesnym postępowaniu i dlaczego?

Mówiłabym do dzieci po polsku zawsze nie zważając na to, co pomyślą inni! Pozbawiłabym się skrupułów wobec mojego męża, teściów, całej francuskiej rodziny i znajomych. Nie rozumieją, co mówię do chłopaków? Niech się uczą polskiego!

Myślę, że wtedy nie doszło by do tego dramatycznego momentu, kiedy nastąpiło gwałtowne odrzucenie języka polskiego przez mojego starszego syna, i które stało się punktem zwrotnym w moim dwujęzycznym wychowaniu moich dzieci.

Jak do tego doszło, że chłopcy przełamali się i w końcu zainteresowali językiem polskim?

Byli wtedy w wieku ok. 8 i 10 lat… Nie jestem psychologiem, ale wydaje mi się, że stało się to w momencie, kiedy chłopcom zaczęło się podobać to, że są trochę inni niż ich koledzy. Potrzeba konformizmu zamieniła się w potrzebę indywidualizacji.  To, że znają język, którym nikt inny się nie posługuje stało się powodem do dumy. No i oczywiście zdali sobie sprawę, że komunikacja z rodziną w Polsce nie jest najlepsza bez biegłej znajomości polskiego! To oni zaczęli się domagać mówienia do nich po polsku. Młodszy syn nawet poprosił w wieku lat 14 o „lekcje polskiego”. Chłopcy nie chcieli już wtedy chodzić do polskiej szkółki sobotniej i Matthieu poprosił mnie, żeby się uczyć polskiego w domu z podręcznika. „Przerobiliśmy” nawet kilka lekcji …  Ale oczywiście było już za późno : rozdźwięk miedzy znajomością francuskiego i polskiego był tak duży, że podejście do języka polskiego mogło już być tylko podejściem jako do języka obcego.

Co poradziłabyś innym mamom, które wychowują dzieci poza swoim krajem pochodzenia?

Nie przejmować się tym, co powiedzą inni, jak zareaguje otoczenie. Być zawsze dumnym ze swoich korzeni i nie wahać się ich uwidaczniać. Integracja w obcym kraju nie musi oznaczać całkowitej asymilacji. No i słuchać specjalistów od dwujęzyczności – oni przecież podkreślają, że do dziecka trzeba mówić konsekwentnie ciągle w tym samym języku. Każda mieszanka jest wybuchowa… I przede wszystkim nieskuteczna.

Brak prawdziwej dwujęzyczności moich synów odczuwam jako porażkę. Oczywiście, mówią oni po polsku, ale dwujęzyczni nie są. Ich językiem ojczystym jest francuski. A ironią losu jest też i to, że po francusku mówi się na język ojczysty „langue maternelle”, czyli „język matczyny”.

Dziękuję Ci za tę rozmowę

Rozmawiał: Karol Chlipalski

Zdjecie: archiwum Anny Masson

 

MSZ_logoSerwis “Wszystko o dwujęzyczności” jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu Warszawskiego. Utwór powstał w ramach projektu finansowanego w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.“ realizowanego za pośrednictwem MSZ w roku 2015. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2015 r.”.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *