Eliza Sarnacka-Mahoney
No Comments

IKO. Opowieść świąteczna.

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

The robot NAO, working with autistic children at Topcliffe primary school, in Birmingham (UK). The robot is produced by French technology company, Aldebaran Robotics. Photo (c) Ed Alcock 16/11/2012 Le NAO robot, qui travaille avec des enfants autistes à Topcliffe, un école primaire, à Birmingham (Royaume-Uni). Le robot est produit par la société de technologie française, Aldebaran Robotics. Photo (c) Ed Alcock 16/11/2012 Reproduction rights: non-exclusive rights for internal and external use in publications by Aldebaran Robotics: press release, brochure AR, AR website. Duration: 1 year. Reproduction rights for advertising space in magazines: 1 year (U.S., Europe, Asia). Billboards and Sales Publicity in places of sale not included in this contract. All other rights reserved. Droits de reproduction: Cession des droits non-exclusifs pour utilisation en interne et externe sur les supports papier et internet de Aldebaran Robotics: dossier de presse, brochure AR, website AR Durée des droits d'utilisation: 1 an. Droits de reproduction pour publicité dans magazines avec achat d'espace pendant 1 an (Etats-Unis, Europe, Asie). Hors affiches et PLV. Toutes reproductions non-mentionnée, sans l'accord au préalable de l'auteur est interdite.

 

Gdy po wakacjach wrócili do szkoły sporo się w niej zmieniło. Budynek był odmalowany, podobnie jak korytarze i wszystkie pomieszczenia w środku, w klasach wymieniono okna i wstawiono nowe ławki, ze ścian zniknęły też tradycyjne zielone tablice z półeczkami na kredę i gąbkę.  Ich miejsce zajęły multimedialne ekrany podłączone do komputerów. Pan dyrektor już na pierwszym apelu pierwszego dnia przypomniał, że pieniądze na remont i nowe wyposażenie szkoła otrzymała od hojnego sponsora zza granicy. Najlepiej mu podziękują, jeśli pokażą, że szkoła jest ich wspólnym dobrem i każdy troszczy się o nią jak o własny dom. Wandale, którym wpadnie do głowy cokolwiek niszczyć lub psuć zostaną ukarani z największą surowością! – grzmiał pan dyrektor do mikrofonu, aż w głośnikach pojawiły się piski i trzaski, a w końcu wysiadł korek.

Ale to nie poprawiona uroda szkoły, ani nawet nie elektroniczne tablice, na których w czasie przerwy, pod nadzorem nauczyciela, można było oglądać filmy, a nawet grać w gry komputerowe, lecz zawartość gabloty na korytarzu koło sekretariatu wzbudzała największe emocje. Hojny sponsor zza granicy ufundował im bowiem także…robota! I to nie jednego z tych cudacznych, przypominających kosmicznego łazika z kablami na wierzchu, ale egzemplarz ściśle odpowiadający wyobrażeniom większości z nas odnośnie tego, jak szanujący się robot powinien wyglądać – mianowicie bardzo po ludzku. Z głową w miejscu głowy, oczami, uszami i czterema kończynami też w odpowiednich miejscach, a do tego operujący głosem. Robot miał na imię Iko. Bardzo ładnie jak na robota.

Pierwsza demonstracja umiejętności Iko odbyła się na sali gimnastycznej pod koniec drugiego tygodnia szkoły. Na komendę pani od komputerów, do której odtąd miała należeć opieka nad Iko, robot ukłonił się, postąpił kilka kroków wprzód, przywitał się, przedstawił, a następnie odtańczył „lambadę” do puszczonej z płyty melodii. Mówił piskliwym, wysokim głosem, a ruszał się pociesznie, trochę jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Wzbudził zachwyt i śmiech jednocześnie. Wszyscy chcieli go dotknąć, wziąć za ręce i wspólnie potańczyć, a przede wszystkim sprawdzić, czy rzeczywiście, jak ogłosiła pani od komputerów, potrafi rozpoznawać ludzi.

– Musi mieć czas, żeby się danej osobie przyjrzeć i ją zapamiętać.  Gdy kogoś potem rozpozna, reaguje na to migając zielonym światełkiem w oczach – wyjaśniła pani.

Zajęcia z robotem, a dokładnie – z programowania Iko, stały się odtąd częścią każdej lekcji w pracowni komputerowej. Marek chodził dumny jak paw, bo jako pierwszemu w klasie udało mu się wyegzekwować od Iko sekwencję aż dziesięciu rozmaitych ruchów jeden po drugim. W programie Marka Iko zachowywał się jak na zakupach: popychał przed sobą wyimaginowany wózek, brał towary z półek, witał się z innymi klientami, a ostatecznie szedł do kasy i podawał kasjerce niewidzialne pieniądze.

Gdyby tylko Asia mogła zobaczyć tę pocieszną maszynę – marzył Marek. Asia, jego młodsza siostra od wiosny ciężko chorowała. Przeszła trzy poważne operacje i choć wszystko „było na dobrej drodze” – tak mówili lekarze – to jeszcze nie wychodziła z domu. Choroba bardzo ją zmieniła. Dziewczynka schudła i straciła włosy, które dopiero niedawno zaczęły odrastać. Najgorsze jednak było to, że przestała się śmiać. Jak gdyby choroba zabrała jej nie tylko dobre samopoczucie, ale i poczucie humoru, którego kiedyś jej nie brakowało. Rodzina stawała na rzęsach, by ją rozśmieszyć. Dziadkowie przynosili coraz to nowe komedie do oglądania. Ciotki i wujkowie z odległych zakątków kraju słali prezenty i maskotki. Asia na ich widok najwyżej z lekka się uśmiechała. Nikt już od bardzo dawna nie widział u niej salwy szczerego, autentycznego śmiechu, który zakołysałby żyrandolem pod sufitem, albo potrząsnął liśćmi na drzewie. Marek współczuł siostrze i nie przestawał myśleć o tym, w jaki sposób mógłby wyrwać ją z tego „smutnego letargu”.

– Powinieneś pogadać z panią od komputerów. Może zgodziłaby się wypożyczyć ci Iko na jeden dzień? – doradzał mu Piotrek, jego najlepszy kumpel.

– Coś ty! Ona nie ma nic do gadania, a dyro na pewno się nie zgodzi. On pamięta tylko o tym, ile Iko kosztował i najchętniej trzymałby go w gablocie przez cały czas.

– Powinieneś przynajmniej spróbować. Co ci szkodzi? – nie ustępował Piotrek.

– Co mi szkodzi … – zamruczał pod nosem Marek. – Dobra, zastanowię się nad tym.

Na długiej przerwie przez szkołę przebiegła elektryzująca wieść. Iko się popsuł! I to tak, że nawet pan od napraw IT nie miał pojęcia, co się stało. Na pierwszej lekcji robot jeszcze mówił i tańczył, a potem ni z tego nie z owego – przestał. Jego program operycjny działał bez zarzutu, do szkolnej sieci na pewno nie wdarł się żaden wirus (pan od IT sprawdził to kilkukrotnie na kilka różnych sposobów), w oczach i kończynach Iko dalej mrugały światełka – dowód na to, że nie ma problemu z zasilaniem. Iko nadal też „widział”. Na ekranie komputera, który nim sterował, w specjalnym okienku w rogu pokazywały się głowy i ciała tych, którzy przy nim kucali i usiłowali nawiązać z nim kontakt.  Ale Iko nie odpowiadał na żadne komendy. Siedział oparty o ścianę w pracowni komputerowej i tak trwał. Można nawet powiedzieć – z nieco spuszczoną głową.

– Trzeba było szybciej działać – dociął Markowi Piotrek. – A teraz musisz poczekać aż go zreperują. Co, sądząc po minach komputerowców, może trochę potrwać – Piotrek wskazał głową na otwarte drzwi do gabinetu dyrektora, w którym zerbała się cała szkolna kadra techniczna. Rozmawiali z ożywieniem co chwilę rozkładając lub wznosząc do góry ręce. Nie było wątpliwości, że dyskutowali o Iko.

Biegły dni, tygodnie, minął miesiąc. Iko wrócił do gabloty na korytarzu i siedział tam w tej samej pozycji, jaką przybrał po raz ostatni. Marek często zatrzymywał się przed gablotą i patrzył w ciemne, nieruchome oczy robota.

Tylko … czy naprawdę były nieruchome?

Robot odłączony był od komputera, a jednak Markowi wydawało się, że nieznacznie porusza swoimi plastikowymi „gałkami”, nawet wodzi za Markiem wzrokiem, gdy ten specjalnie przesuwa się w jedną lub w drugą stronę. Co jest grane? – zastanawiał się. W końcu podzielił się swoimi spostrzeżeniami z Piotrkiem. Przyjaciel najpierw się śmiał, a dopiero potem, widząc, że Marek jednak nie żartuje, stwierdził, że w takim razie robot być może przekazuje mu jakieś tajne wiadomości.

– Może to ma coś wspólnego z jego chorobą? Wiesz, że dyrektor sprowadził fachowców aż z Warszawy, ale dalej nic się nie wyjaśniło. Po przerwie świątecznej mają odesłać Iko z powrotem do producenta, do Japonii!

– Ale co ja mógłbym wiedzieć o jego naprawie? – zdumiał się Marek. – Zresztą, to wszystko pewnie mi się tylko przywidziało. Prawdę mówiąc jestem na Iko wściekły, bo naprawdę miałem  nadzieję, że udałoby mi się pokazać go Aśce. Niechby tylko zatańczył tę swoją robotową lambadę…

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i na pracach ręcznych, jak co roku, kleili ozdoby świąteczne. Nie wiadomo kto wpadł na pomysł, by świątecznie przyozdobić Iko. Pani od komputerów zgodziła się i pomaszerowali grupą do gabloty. Marek przecisnął się przed innych i gdy pani wzięła Iko w ręce pierwszy pogłaskał go po białej, plastikowej głowie. Lecz co to?  Tym razem to na pewno nie było przywidzenie. Oczy Iko poruszyły się w górę i w dół, jakby chciał powiedzieć „tak”.

Chcesz mi wyjaśnić tajemnicę swojej choroby? – zapytał go w myślach Marek. Robot ponownie wykonał ten sam ruch oczami, ale jeszcze na coś czekał.

Chcesz, żebym zabrał cię do domu, do Aśki? Kolejne i ostatnie potwierdzenie, bo wyciągnął się w jego kierunku już las innych rąk, motających mu wokół szyi łańcuszki.

Cóż, zdecydował Marek. W takim razie trzeba działać.

Umówił się z Piotrkiem, że spotkają się po lekcjach w szatni.  Piotrek swoim zwyczajem najpierw się śmiał, dopiero potem zaczął zadawać pytania.

– Świetnie, tylko w jaki sposób masz zamiar wynieść Iko ze szkoły?! Idziesz do dyra, kłaniasz mu się, on wydaje ci Iko i wesolutki szorujesz z robotem w plecaku do domu. Chyba nie tak to sobie wyobrażasz? – drwił Piotrek.

– Przestań, oczywiście, że nie! – zaperzył się Marek. — Mam plan. Coś mi mówi, że Iko chce być z nami w domu na święta.

– Nie mów, że masz nadzieję usłyszeć do niego w Wigilię przemówienie ludzkim głosem? – Piotrek znów zadrwił.

– A żebyś wiedział – przytaknął Marek. – Zresztą to dla niego żadna sztuka, przecież już umie mówić.

Widząc, że przyjaciel o wszystkim mówi na serio, Piotrek w końcu też spoważniał.

– W porządku, jaki to plan?

– Musimy buchnąć, o przepraszam, pożyczyć klucze do gabloty od pani od komputerów. Wiesz, że oprócz dyra ona też takie posiada. I w przeciwieństwie do dyra, który zabiera klucze do domu, ona odwiesza je w swoim kantorku na haczyk.

– Pewien jesteś?

– Jak własnego cienia. Kilka dni temu zostawiłem w pracowni kalkulator. Poszedłem po ostatniej lekcji. Ona akurat tam była, miała otwarte drzwi do kantorka i wieszała kluczyki.

– Ale skąd wiesz, że to były TE kluczyki? – Piotrek nie dawał za wygraną.

– Bo mam oczy i breloczek z logo Intela rozpoznałbym na końcu świata.

– W porządku. Załóżmy, że masz rację. Jest jednak jeszcze coś. Jak chcesz POŻYCZYĆ te kluczyki w sytuacji, gdy pani od komputerów zamyka kantorek i te z kolei klucze na pewno bierze do domu?

– Główka pracuje – Marek popukał się palcem. – Wziąłem to pod uwagę. Pomyśl, kto jeszcze ma klucze do wszystkich pomieszczeń w szkole?

Piotrek zmarszczył brwi na znak intensywnego wysiłku intelektualnego.

– Wo…woźny? – zapytał.

– Ciepło, próbuj dalej – zachęcił go przyjaciel.

– Sprzątaczki?

– Bingo!

– Ale jak …?

– Jedna ze sprzątaczek mieszka w moim bloku. Znam ją. – Marek przerwał przyjacielowi w pół słowa. – Powiem, że jesteśmy harcerzami i chcemy jej pomóc, bo mamy do zaliczenia jeden akt bezinteresownej pomocy innym przed świętami. Co zresztą jest prawdą, pamiętasz, że na ostatniej zbiórce drużynowy Adam poddał nam taki pomysł do rozważenia. Zrobimy to ostatniego dnia przed przerwą świąteczną, żeby nikt niczego nie odkrył.

– A jak dostaniemy się potem z powrotem do szkoły, żeby zwrócić Iko?

Marek uśmiechnął się tryumfalnie.

– W pracowni komputerowej są drzwi wychodzące bezpośrednio na szkolne boisko. I te klucze też wiszą w kantorku.

– Jesteś kompletnym wariatem. Ale możesz na mnie liczyć!

Przybili piątkę i poszli do domu.

Plan Marka poszedł tak gładko, że gdyby którykolwiek z nich był przesądny, mógłby się przestraszyć, że wręcz za gładko, w związku z czym cała operacja nie może mieć dobrego zakończenia.

Marek ukrył robota w pustym pudle po choince, które tymczasowo stało w kącie szafy. W wigilię Asia czuła się lepiej. Uprosiła rodziców, by pozwolili jej wstać z łóżka i ubrać się w elegancką sukienkę. Czekała na ulubione potrawy, wizytę dziadków i oczywiście na prezenty. Jej policzki nawet leciutko się zaróżowiły. Gdy Marek zapowiedział, że ma dla niej specjalną niespodziankę, tylko muszą oboje dotrwać do północy, uśmiechnęła się i klasnęła w ręce.

– Przyniesiesz mi gadającego pieska? – zapytała.

Zmieszał się na moment.Wiedział, że piesek był od dawna marzeniem siostry. Niestety,  miała silną alergię na sierść i dlatego żaden czworonóg nie mógł z nimi zamieszkać.

– Coś jeszcze lepszego! – zapewnił ją z tajemniczym uśmiechem i wycofał się do swojego pokoju, by skończyć pakowanie prezentów.

Kilka minut przed północą bezszelestnie wsunął się do jej pokoju. Leżała w łóżku, ale nie spała. Postawił przed nią na kołdrze Iko. Proszę cię, tak bardzo cię proszę, ożyj, przemawiał do robota w myślach, choć z drugiej strony refleksja, że to, o co prosi jest zupełnie idiotyczne i mogłoby zdarzyć się tylko w bajkach, których od dawna nie czytał, sprawiała, że czuł jednocześnie wstyd.

Gdy do północy została już tylko minuta zaczął na głos odliczać: sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden!

Asia wstrzymała oddech. Trzymała go naprawdę długą chwilę, a potem go wypuściła i spytała.

– I co? Co ma się teraz stać?

– Myślałem, że robot zacznie działać — powiedział ze smutkiem Marek. – Taką miałem nadzieję…

W tej jednak chwili jak za dotknięciem czarodziejskiem różdżki oczy i uszy Iko rozbłysły światełkami. Robot podniósł się i zaczął się rozglądać wokół.

– Jestem Iko. A ty jesteś? – zapytał.

– Asia! – zawołała zachwycona dziewczynka.

– Witaj, Asiu. Czy chcesz, żebym dla ciebie zatańczył lambadę?

– Tak, tak! – kiwała głową, a nieśmiały uśmiech na jej twarzy rozciągał się w bardzo szeroki uśmiech wielkiego zadowolenia.

– No to siup! – zapiszczał Iko i przytrzymując się kołdry, zeskoczył na podłogę.

Wystarczyło kilka pierwszych ruchów, by Asia zaniosła się serdecznym śmiechem i zaczęła bić mu brawo. Marek, choć też się cieszył, w oczach miał łzy. Tak samo zresztą jak mama i tata, którzy już zdążyli się zbudzić i przybiegli do pokoju córki sprawdzić, co się dzieje.

– Iko, Iko jesteś najwspanialszy na świecie! Kocham cię! – wołała Asia i wyciągała do robota ręce, by go przytulić.

Na te słowa robot nieoczekiwanie zatrzymał się, spuścił głowę i prawie wygasił swoje lampki. Dopiero po chwili rzekł:

– Myślałem, że nikt nigdy tak do mnie nie powie… – jego głos był jeszcze wyższy niż zwykle, co w języku robotów być może oznaczało szept.

Marek podniósł go z ziemi i z powrotem postawił na kołdrze Asi.

– To dlatego przestałeś działać? – zapytał. Pytania otaczające tajemniczą „chorobę” Iko nagle złożyły mu się w logiczną całość niczym kawałki puzzle’a. – Chciałeś, żeby ktoś cię pokochał?

– Chciałem być wyjątkowy. Jedyny w swoim rodzaju. Tak jak ludzie … – kiwał głową Iko. – Gdy zrozumiałem, że to się nigdy nie wydarzy, że na zawsze pozostanę dla was tylko zabawką, rozrywką, w najlepszym razie urządzeniem edukacjnym, straciłem wiarę w sens mojego istnienia.

– Ależ Iko! – zaprzeczyła Asia. – Jesteś wyjątkowy! Patrz, nikomu to się nie udawało, a ty  sprawiłeś, że znowu się śmieję i cieszę. Czuję, że wraca do mnie moje życie.

Marek położył rękę na plastikowym ramieniu Iko.

– Nie jesteś człowiekiem, ale jesteś najbardziej wyjątkowym robotem na świecie. Byłeś od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałem. I zapewniam cię, nie ma w szkole człowieka, który by cię na swój sposób nie kochał. Proszę więc, zacznij znowu działać, bo dyrektor chce odesłać cię z powrotem do fabryki. Stamtąd pewnie już do nas nie wrócisz.

Gdyby roboty umiały płakać ze wzruszenia, nie ma wątpliwości, że to właśnie uczyniłby w tej chwili Iko.  Z drugiej strony to bardzo dobrze, że zrobione są z twardego plastiku, bo moc uścisków, jakimi zarzuciła Iko cała rodzina odebrałaby możliwość normalnego oddychania każdej zbudowanej z żywych komórek istocie.

Drugiego dnia świąt razem z Piotrkiem odnieśli Iko do szkoły i posadzili go z powrotem w gablocie. W ostatni dzień zimowych ferii Marek zapukał do drzwi znajomej sprzątaczki i oddał jej pęczek kluczy, o których,  jak jej wyjaśnił, „na śmierć zapomniał”, a które rzekomo znalazł na podłodze w pracowni komputerowej podczas sprzątania. Były to klucze od drzwi wychodzących na boisko.

Pierwszego dnia po powrocie do szkoły wszystkich zelektryzowała cudowna wiadomość. Pani od komputerów postanowiła po raz ostatni przed wysyłką do Japonii podłączyć Iko do komputera i okazało się, że robot ożył!

– Kochamy cię Iko! – krzyczały dzieci przepychając się jedno przez drugie w drzwiach od pracowni, w której stał Iko i przyjaźnie machał do wszystkich plastikową ręką.

 

Eliza Sarnacka – Mahoney

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *