Eliza Sarnacka-Mahoney
No Comments

Program ESL (English as a Second Language): jak go ugryźć, jak nie zostać przez niego pokąsanym

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

ESL

 

Część 1

– Ciesz się, że ciebie to ominęło! – usłyszałam jakiś czas temu od znajomej, z którą rozmawiałyśmy o fenomenie ESL (English as a Second Language), programie, do którego amerykańska szkoła publiczna kieruje dzieci nie wykazujące wymaganej dla ich wieku biegłości w posługiwaniu się angielskim.

Znajoma, matka dwójki dwujęzycznych dzieci w wieku zerówka i przedszkole niby wie, że rozwój mowy przebiega u takich maluchów inaczej, że to nic dziwnego, iż w rodzinie ML@H (Minority Language at Home) bywa, że to polski jest u progu szkoły silniejszy od angielskiego, wreszcie, że angielski z czasem też „zaskoczy” i doświadczenie z ESL będzie tylko epizodem w edukacji jej dzieci. A jednak czuje się niewygodnie w skórze rodzica, którego dziecko zostało zakwalifikowane do programu ESL. Wcale jej się nie dziwię.

Nie oszukujmy się, na co dzień, odruchowo, ESL nie kojarzy się Amerykanom z programem dla dzieci wybitnie inteligentnych czy szczególnie uzdolnionych. Wręcz przeciwnie. Z wyjątkiem być może największych aglomeracji miejskich o wyższym odsetku rodzin imigrantów z całego świata,  statystycznie, od dziesięcioleci szkolnymi korepetycjami ESL objęci są głównie mali Latynosi.  Jaki zaś do dziś pokutuje stereotyp latynoskiej rodziny chyba nie trzeba w szczegółach wyjaśniać. To obraz rodziców, którzy sami nie posługują się, i nie czynią w tym kierunku większych wysiłków, angielskim.  Dzieci, którym w ich edukacyjnych wysiłkach po angielsku brak wsparcia i nadzoru ze strony najbliższych.  Dzieci specjalnej troski, dzieci odstające mentalnie od reszty. Wreszcie – członków kultury, w której edukacja nie jest tak wysoko ceniona jak wśród społeczności pochodzenia azjatyckiego czy europejskiego.  Czy jest to stereotyp sprawiedliwy czy nie, nieważne. Ważne jest to, że rzutuje na wszystkich uczniów kwalifikowanych do programu ESL.

– A wiesz, że wcale nie ominęło? – ripostuję. – Obie moje córki też były w programie ESL.

– Jak to? – znajoma ze zdumienia aż siada na krzesło, dobrze, że akurat ma takie za sobą. – Przecież jesteście rodziną OPOL-ową! Przecież twoje dzieci uczyły się obu języków jednocześnie.  Przecież z angielskim w takich przypadkach nie ma problemu. Jakim cudem trafiły do ESL?

– Ano takim – wyjaśniam posłusznie – że testy z angielskiego przechodzą rutynowo wszystkie dzieci, które figurują w dokumentacji jako dwujęzyczne. Jeśli więc chodzi ci o te specyficzne  spojrzenie, gdy mówisz innym, że masz dziecko w ESL, to wiem dobrze, o co ci chodzi. Wiem też, że gdy źle potraktujemy temat, zwłaszcza w USA, możemy sprowadzić sobie pod dach dodatkowy problem: protest dziecka, które negatywnie odbierze swoje uczestnictwo w ESL, bez względu na to, jak  bardzo go potrzebuje. A diabeł (w tym przypadku wolę powiedzieć: nasz koalicjant), jak zwykle, tkwi w szczegółach.

Starsza o tym, że była w ESL w ogóle nie pamięta. Pewnie dlatego, że „trzymano” ją tam tylko przez miesiąc, a wszystko i tak działo się na początku jej szkolnej edukacji, która, dla zaciekłego introwertyka i wroga tłumów jakim jest, była wielkim wyzwaniem na wszystkich frontach. Przed zerówką szlifowała angielski w anglojęzycznym przedszkolu, angielski jest naszym językiem rodzinnym. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek przejmowała się jej angielskim, to polski był zawsze w centrum mojej uwagi.

Jako matka – imigrantka, która dopiero uczyła się tutejszego systemu szkolnego, nie miałam pojęcia, że moje dziecko, które włada angielskim lepiej niż polskim, i tak będzie przechodziło testy na biegłość w tym pierwszym. A ono przejść je musiało, bo po prostu takie są przepisy i taki prikaz z góry dla każdego, komu rodzice wstawili w rubrykę „dwujęzyczny”. Kilka tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego dostałam pismo, że miesiąc wcześniej Starsza przeszła testy ESL, lecz na podstawie ich wyników wespół z opinią wychowawczyni została skreślone z listy dzieci potrzebujących korepetycji.

Z Młodszą historia była jednak zgoła inna. Pół roku przed jej ostatnimi wakacjami poprzedzającymi zerówkę spędziliśmy w Polsce. Angielski „ćwiczyła” i rozwijała w tym czasie rozmawiając ze swym tatą, ale w naturalny sposób dominujący stał się u niej wówczas język polski. Co więcej, polski i tak pozostawał jej językiem wyboru na co dzień właściwie zawsze, nawet wtedy, gdy zaczęła uczęszczać do anglojęzycznego przedszkola (3 latka), bo prócz mnie miała już wtedy do towarzystwa i interakcji także polskojęzyczną siostrę.  Summa summarum – jeszcze pod koniec wakacji, tych po powrocie z długiego pobytu w Polsce, zdarzało jej się robić (przecudne) polskie kalki w angielskim, a nawet „zapominać” słówka, które wcześniej znała.

Nie wiem jak dokładnie wypadła na teście ESL, ewidentnie niezbyt przekonująco, bo szkoła słała mi list po liście, że muszę wysłać dziecko na zajęcia wyrównawcze. Po dwóch czy trzech tygodniach, w czasie których ja te listy ignorowałam, przyszła pora na nawałnicę telefonów od osób, które przestrzegały mnie, że robię wielki błąd nie podpisując zgody. Pamiętam, jakby to było wczoraj, zwłaszcza rozmowę z pewną panią tytułującą się jako „ekspert ds. koordynacji edukacji ESL”.

– Najdalej za trzy miesiące Młodsza wyrówna swoje kompetencje w angielskim, a za sześć zacznie wysuwać się na czoło klasy pod względem i czytania, i pisania – przedstawiałam tej osobie mój punkt widzenia. –  Proszę mi wierzyć, mam tu spore doświadczenie. Jesteśmy rodziną OPOL-ową i przerabiałam już ten scenariusz ze starszą córką.

– Z mojego doświadczenia nic takiego nie wynika! – ekspertka bardzo się powstrzymywała, by na mnie nie nakrzyczeć. – Przypominam pani, że robi pani to wszystko na własną odpowiedzialność.  Żeby potem nie było lamentu, jeżeli dziecko będzie musiało powtarzać rok.

Przed Bożym Narodzeniem szkoła zawiadomiła mnie, że Młodsza posługuje się angielskim na tyle dobrze, iż nie musi uczęszczać na korepetycje. Zerówkę zakończyła śpiewająco, czytała i pisała powyżej wymaganego poziomu, i rzeczywiście była w klasowej czołówce.

Nie jestem przeciwko edukacji ESL. Uważam, że są sytuacje, w których jest potrzebna i spełnia swoje zadania.  Za moją osobistą decyzją, by nie zapisywać jednak na takie zajęcia własnego dziecka stały trzy argumenty: Wiedziałam, że jako rodzina OPOL-owa:

Primo) byliśmy w stanie zapewnić córce wszelkie wsparcie w domu

Secundo) potrzeba jest najważniejszym motywatorem do nauki, a umysł dziecka dwujęzycznego naturalnie przestawia się na intensywny rozwój w tym języku, który jest dziecku w danej chwili potrzebny

Tertio) czas równa się język – nasza córka musiałaby być naprawdę rzadkim okazem w przyrodzie, by spędzając większą część czasu w środowisku anglojęzycznym, dalej intensywnie rozwijała tylko język polski

Nie pomyliłam się i dzisiaj podjęłabym dokładnie tę samą decyzję. Są jednak sytuacje, że ESL jest wskazany i bardzo, bardzo przydatny. Praktyczne rady jak ugryźć, ale nie zostać pokąsanym przez ESL podam Państwu w zakończeniu tego artykułu, który opublikujemy za dwa tygodnie.

 

Eliza Sarnacka-Mahoney

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *