DPS
No Comments

Pszenica i pszczoła, czyli o zaletach formalnej nauki polskiego

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

1

 

Wielu rodziców mieszkających za granicą uważa, że ich dzieci obejdą się bez umiejętności pisania i czytania po polsku. Tymczasem warto umieć czytać i pisać w danym języku choćby po to, by móc w nim swobodnie (i poprawnie) mówić.

Marianna przez sześć lat, od ósmego do czternastego roku życia, mieszkała z rodzicami w Irlandii. Po powrocie do Polski trafiła do drugiej klasy gimnazjum. Idąc po raz pierwszy do polskiej szkoły nie przewidywała żadnych problemów, bo, w końcu, urodziła się w Polsce i przez całe swoje życie mówiła na co dzień po polsku.

– Moja pierwsza lekcja to miała być historia. Cieszyłam się, że dowiem się teraz czegoś na temat dziejów Polski, bo w irlandzkiej szkole mówili tylko tyle, że był Okrągły Stół, Lech Wałęsa i papież, który naprawdę nazywał się Karol Wojtyła – wspomina Marianna. Jednak nie wszystko potoczyło się tak, jak to sobie wyobrażała.  – Pierwsza lekcja w polskiej szkole to był dramat! Temat brzmiał: powstanie listopadowe, a ja nie miałam zielonego pojęcia, co to jest powstanie! No i oczywiście okazało się, że wcale nie potrafię robić notatek po polsku, chociaż wcześniej wydawało mi się to takie oczywiste. 

Rozczarowanie Marianny było zrozumiałe, coś, co miało być naturalne jak zjedzenie bułki z masłem, okazało się źródłem problemów. Jej żalu nie zmienił fakt, że dyrekcja szkoły i wszyscy nauczyciele byli bardzo wyrozumiali dla nowej uczennicy, starali się pomóc i dostosowywać wymagania do jej możliwości. Przez pierwszy rok Marianna miała dodatkowe lekcje języka polskiego prowadzone nie przez polonistkę, ale przez anglistkę. Wymarzone warunki, biorąc pod uwagę to, jak zazwyczaj przygotowane są polskie szkoły na przyjęcie uczniów powracających z zagranicy. Mimo to przestawienie się na naukę w języku polskim kosztowało ją sporo emocji, przede wszystkim dlatego, że wcześniej nie wiedziała, jakim problemom przyjdzie jej stawić czoła.

Przyjadę do Polski i po prostu się przestawię, przecież alfabet będzie prawie taki sam, jak po angielsku… – wspomina dziś.

W końcu jednak Marianna uzupełniła swoje braki, dziś mówi i pisze w języku ojcztstym równie dobrze, jak jej rówieśnicy, którzy nigdy nie mieszkali poza Polską. Czy jednak można było oszczędzić Mariannie stresu i sprawić, żeby przejście z irlandzkiej do polskiej szkoły odbyło się w sposób mniej dla niej bolesny?

 

W połowie dwujęzyczna, w połowie analfabetka

Sama Marianna jest przekonana, że odpowiedź na to pytanie jest pozytywna:

Pewnie  byłoby mi łatwiej, gdybym po wyjeździe do Irlandii nie odłożyła polskiego na półkę, razem z książeczkami dla dzieci, z których szybko wyrosłam – mówi dziś.

W Irlandii rodzina Marianny zamieszkała w niewielkim miasteczku, w którym nie było polskiej szkoły sobotniej, rodzice nawet nie rozważali kilkugodzinnych weekendowych dojazdów do najbliższej placówki tego typu. W domu, owszem, konsekwentnie mówili do córki po polsku, więc po sześcioletniej emigracji jej mówiona polszczyzna pozostała bez zarzutu. Na początku mieli również ambicje, by mobilizować córkę do czytania polskich książek (co mieszkając w Polsce bardzo lubiła), a nawet, żeby zadawać jej od czasu do czasu wypracowania do napisania po polsku, by uczyła się pisać nie tylko po angielsku, lecz także w języku ojczystym. Rzeczywistość szybko jednak  zweryfikowała te plany: rodzice nie znajdowali czasu, by czytać i komentować twórczość Marianny, umknął im nawet moment, gdy dziewczynka zaczęła wybierać wyłącznie angielskie lektury, bo wrażeniami z przeczytanych po polsku książek trudno jej było dzielić się z rówieśnikami. Tak więc czternastoletnia Marianna po powrocie do Polski okazała się – jak sama określa – w połowie dwujęzyczna, w połowie analfabetką: biegle mówiła po polsku i angielsku, rozumiała oba języki, ale pisała i czytała tylko po angielsku.

Być może historia Marianny nie wszystkich przekona o konieczności formalnej nauki polskiego przez dzieci mieszkające za granicą. W jej sytuacji sens tej nauki był oczywisty. Dziewczynkę prędzej czy później czekał powrót do kraju i powinna była być na ten moment przygotowana. Jednak nie wszyscy rodzice planują powrót do Polski. Gdy w grę wchodzi dłuższy pobyt za granicą, przynajmniej do końca edukacji dziecka, wielu rodziców uznaje, że nie warto wkładać dodatkowego, niemałego przecież wysiłku w bardziej dogłębne poznanie przez nie języka dziedzictwa.

 

Wybierają studia w Polsce

[Mój syn] romawia z dziadkami na Skype i na żywo dogaduje się bez kłopotu, aż do matury będzie się uczyć się w Niemczech w amerykańskiej szkole, a przecież nie wróci później na studia do Polski! – taki pogląd, wyrażony przez mieszkającą od wielu lat Polkę, matkę trzech synów i (co wymowne) profesor wyższej uczelni, podziela wielu Polaków mieszkających za granicą. A tymczasem coraz częściej zdarza się, że ich dzieci mieszkające od lat poza Polską, wykształcone w międzynarodowych wielojęzycznych szkołach, zamiast udać się na prestiżowe niemiecko- lub angielskojęzyczne studia, wybierają polską uczelnię, między innymi po to, żeby lepiej poznać kulturę i język, z której pochodzą.

Wówczas często żałują, że w dzieciństwie nie mieli okazji, by opanować w pełni język polski, czyli swój język dziedzictwa – podkreśla prof. Anna Seretny z Centrum Języka Polskiego i Kultury Polskiej w Świecie przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Jednak żal z powodu braku formalnego wykształcenia w języku polskim może mieć i inne przyczyny.

– Nieporadność językowa utrudnia im kontakty towarzyskie, nie potrafią samodzielnie przygotować urzędowego pisma, a także mają poczucie, że stracili atut na rynku pracy, jakim jest komplet kompetencji w dwóch językach – dodaje prof. Seretny.

 

Język pozwala poznawać rzeczywistość

Ale najważniejszy argument przemawiający za uzupełnieniem umiejętności pisania i czytania w języku dziedzictwa, nie jest praktyczny. Nawet jeśli mieszkamy przez całe życie w Polsce, kontakt ze słowem pisanym jest niezbędny, by w pełni rozwinąć znajomość polszczyzny: opanować złożone reguły gramatyczne, poznać słownictwo, którego rzadko używamy w ramach konwersacji i które znaleźć możemy w literaturze pięknej czy specjalistycznej. Jednak znajomość języka to nie tylko umiejętność porozumiewania się, narzędzie komunikacji rozumianej instrumentalnie. Poza podstawową funkcją komunikacyjną, język pełni również funkcję poznawczą: pozwala poznawać i kategoryzować rzeczywistość, porządkować wiedzę i doświadczenie. „Granice mojego języka są granicami mojego świata”, pisał Ludwik Wittgenstein. I jakkolwiek podniośle brzmią słowa filozofa, trudno zaprzeczyć, że jeśli znamy tylko potoczną, mówioną odmianę języka, zakres wiedzy i doświadczeń, które możemy za jego pomocą zdobywać, twórczo przetwarzać i wyrażać, będzie mocno ograniczony. Warto o tym pamiętać, gdy wychowujemy dziecko za granicą i chcemy zachować język polski jako język rodzinnej komunikacji. Jeśli (co częste) polski pozostaje dominującym i najważniejszym tożsamościowo językiem rodziców, zapewne przykro byłoby im odkryć pewnego dnia, że mogą z własnym dzieckiem porozmawiać po polsku o menu na niedzielny obiad czy wycieczce za miasto. Jednak już o emocjonalnych rozterkach czy rozwoju akademickiej kariery młodszego pokolenia ci sami rodzice mogą dyskutować tyko po francusku czy angielsku, bo tylko w tym języku ich dzieci posiadają  stosowne słownictwo i bagaż kulturowych doświadczeń. Więc, paradoksalnie, warto czytać i pisać w języku również po to, by móc w nim swobodnie mówić.

 

„Polski pierwiastek”

Jeśli już o kulturowych doświadczeniach mowa, to należy dodać, że tylko umiejętność czytania i pisania pozwoli nam czerpanie z zasobów literatury, kina, bezpośrednie poznawanie historii i tradycji. Trudno sobie wyobrazić, by bez kontaktu z takim kulturowym dziedzictwem móc się poczuć związanym z krajem pochodzenia – a przecież właśnie na uwzględnianiu „polskiego pierwiastka” w kształtującej się tożsamości dziecka również zależy wielu rodzicom, wychowującym dzieci poza Polską.

Na koniec warto wspomnieć o bardziej naukowym argumencie, przemawiającym na korzyść doskonalenia wszystkich aspektów znajmości obu języków, czy to dziecka, czy osoby dorosłej. Jakkolwiek na temat tzw. „bilingual advantage”, czyli pozajęzykowych, poznawczych korzyści płynących z dwujęzyczności, toczy się aktualnie w środowisku badawczym burzliwa debata, większość specjalistów nie ma wątpliwości, że najbardziej „opłacalna” jest dwujęzyczność zbalansowana, z którą mamy do czynienia wówczas gdy znamy oba języki na zbliżonym poziomie. Upraszczając, można powiedzieć, że dopiero taka znajomość języków zapewnia odpowiedni trening dla naszego systemu poznawczego. Warto więc podjąć wysiłek i nie zaniedbywać nauki języka dziedzictwa, w tym również umiejętności czytania i pisania w nim, aby w pełni skorzystać z dobrodziejstw, jakie wiążą się z dwujęzycznością.

 

Joanna Durlik

Fot. iStock

 

 

godlo_senat z podpisem 1Serwis Wszystko o dwujęzyczności jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Uniwersytetu Waszawskiego. Utwór powstał w ramach zlecania przez Kancelarię Senatu zadań w zakresie opieki nad Polonią i Polakami za granicą w 2016 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o zleceniu zadania publicznego przez Kancelarię Senatu oraz przyznaniu dotacji na jego wykonanie w 2016 r.”.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *