Danuta Świątek
No Comments

Prof. Christopher Caes, zakochany we Wrocławiu, będzie uczył polskiego na Columbii

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page
Prof. Caes

Prof.  Christopher Caes

Prof. Christopher Caes będzie uczył języka polskiego na Uniwersytecie Columbia w nowym roku akademickim 2016/2017. Zajmie miejsce po prof. Annie Frajlich, która przez 34 lata uczyła języka polskiego i literatury polskiej. Spośród 14 osób, które złożyły podania o pracę, tylko on nie jest Polakiem.

Christopher Caes ukończył doktorat z filologii słowiańskiej i filmoznawstwa na Uniwersytecie Kalifornii w Berkeley. Wykładał ponad dziesięć lat na Uniwersytecie Florydy (UF) i na Uniwersytecie stanowym Florydy (FSU). Profesor prowadzi badania z zakresu polskiej literatury, kultury i filmu XX i XXI w. ze szczególnym uwzględnieniem artystycznych i intelektualnych perspektyw na tożsamość i zachowanie się ludzi w sytuacjach granicznych. Prowadzi zajęcia z języka polskiego, studiów slawistycznych, studiów filmoznawczych, historii środkowowschodniej Europy, historii Wikingów i mitologii nordyckiej i studiów fantastyczno-naukowych. Jest również czynny jako tłumacz literatury polskiej na angielski.

Jest pan Amerykaninem (i z tego co wiem, nie ma Pan polskich korzeni). Skąd u pana zainteresowanie polskim językiem i literaturą?

Tak, to prawda. Nie mam żadnych polskich korzeni. Zacząłem się uczyć polskiego w wieku dwudziestu lat, i to ani w Polsce, ani w Stanach, tylko w Niemczech! Mój kontakt z polskim to właściwie dzieło przypadku. Na studiach byłem na filologii niemieckiej i chyba wyobrażałem sobie, dosyć mgliście zresztą, że zostanę germanistą. W związku z tym wyjechałem na rok do Niemiec na program studiów zagranicznych z Ohio State University. I wtedy wszystko się zaczęło.

To był 1990 rok, czyli zaraz po upadku muru berlińskiego, po wolnych wyborach w środkowowschodniej Europie. Czas wielkich zmian, dużo się działo. W akademiku w Kiwittsmoor, małej miejscowości na północ od Hamburga, od razu poznałem kilku świeżo przybyłych studentów z Polski. Wyróżniali się, byli rozmowni, towarzyscy. Ja, szukając nowych znajomych w obcym kraju, znalazłem wśród nich, a nie wśród Niemców kolegów. Byli też przypadkiem w naszej grupy amerykańskiej studenci ze slawistyki, z którymi zaprzyjaźniłem się, a wśród nich nawet jedna Polka, z którą zresztą zacząłem chodzić (nasz związek, notabene, nie przetrwał pół roku, ale, jak widać, związek z polskim został na całe życie).

Pod wpływem tych wszystkich bodźców zapisałem się, zresztą nie ja jedyny, na kurs języka polskiego. Wielu z nas, studentów amerykańskich, dopiero w Niemczech zdało sobie sprawę, że otwiera się i istnieje cały świat wschodni tuż za granicą i że trzeba go zobaczyć. Pojechałem ze znajomymi do Polski, do rodziny mojej ówczesnej dziewczyny (do Tych pod Katowicami, Tychy to moje pierwsze polskie miasto!). Byliśmy też w Krakowie, w Warszawie, w Pradze. Wschód właściwie wszystkich nas, dzieci zimnej wojny, przyciągał jak magnes i wszyscy jeździliśmy tam. No i tak to się zaczęło. Po powrocie do Stanów skończyłem germanistykę, ale to już nie było to. Przeniosłem się na slawistykę.

Gdzie nauczył się pan języka polskiego?

Przeważnie sam się uczyłem. W Hamburgu, jak już mówiłem, zapisałem się na kurs języka polskiego prowadzonym (po niemiecku!) przez przesympatycznego i mądrego polonistę Waldemara Klemma, autora znanego słownika niemiecko-polskiego. Niestety, niewiele mi to dało, ale zupełnie z własnej winy. Byłem zbyt rozproszony. Nie zapomnę miny profesora Klemma, kiedy oddawałem moje wypracowanie semestralne. Kiedy wyraziłem swoje wątpliwości co do treści, przejrzał, po czym zgadzał się delikatnie ze mną, że nie można oczekiwać czegoś „wyrafinowanego” po jednym roku nauki, czyli, że wypracowanie było po prostu knotem.

Ten rok w Hamburgu to mój jedyny „oficjalny” kontakt z językiem polskim jako student na zajęciach. Później, wracając do Polski, po prostu chodziłem wszędzie z podręcznikiem, rozmawiałem ze znajomymi i zapisywałem całe strzępy dialogów, prowadziłem niezliczone listy słów różnego rodzaju, ćwiczyłem fonetykę na podstawie tego, co słyszałem, i przede wszystkim czytałem, mnóstwo i nałogowo, cały czas, w tramwaju czy przy obiedzie, nawet w nocy wstawałem, żeby czytać. Jednym słowem, byłem całkowicie pochłonięty językiem, jego brzmieniem, strukturą i możliwościami.

Jak często bywa pan w Polsce?

Nie wystarczająco często! Nie byłem od trzech lat. Jeżdżę wtedy, kiedy mogę, albo rodzinnie (żona) albo służbowo (konferencje, badania naukowe, programy zagraniczne). Dwa razy udało mi się jako student zapisać się na Uniwersytet Wrocławski na cały rok, raz jako stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej i raz jako stypendysta Fulbrighta. Później już jako polonista zacząłem jeździć ze swoimi studentami z Florydy. Prowadziłem letnie programy studiów zagranicznych w Krakowie i we Wrocławiu i przez nie jakby odkryłem Polskę na nowo, oczami nowego pokolenia studentów amerykańskich.

Jakie jest pana ulubione miejsce w Polsce i dlaczego?

Moje ulubione miasto to Wrocław. Lubię tu wszystko – ludzi, różnorodność architektury, historię. Mam tam wielu przyjaciół i kolegów, tam mieszka rodzina żony, tam chodziłem na uniwersytet i tam później jeździłem ze swoimi studentami. Lubię wydarzenia związane z miastem, zwłaszcza „Wratislavia Cantans” i w ogóle całą historię miasta, które przechodziło z rąk do rąk, z państwa do państwa, z narodu do narodu na przestrzeni wieków. Kiedy biorę tam studentów, uczymy się historii nie z podręcznika, lecz z tekstu architektonicznego miasta.

W Internecie znalazłam opinie pana studentów na temat zajęć, które Pan prowadzi. Chwalą pana za dużą wiedzę i ciekawie prowadzone zajęcia. Wypracował pan swój model nauczania, czy ma pan swojego mentora?

To miłe, co studenci piszą. Ze swojej strony czuję po każdym kursie (jeśli nie po każdym spotkaniu), że czegoś nie wystarczyło, że coś jeszcze można byłoby dodać, podejść jeszcze z innej strony. Mam swój styl i swoją metodę nauczania, ale jest to raczej jakby amalgamat wielu różnych elementów podpatrzonych i wziętych od wszystkich moich własnych profesorów i wykładowców niż od jednego mentora. Od mojego szkolnego germanisty np. biorę strukturalny rygor i szacunek dla języka, ale też jakby stałe dziwienie się mu (tzn. językowi), że jest taki, a nie inny. Od profesora Klemma biorę zarówno cierpliwość i ciepło jak i pewną uroczystość w prowadzeniu lekcji. Od Waltera Davisa, anglisty na Ohio State University, biorę swobodę i spontaniczność w wypowiadaniu się, może nawet swego rodzaju performatywność. Od Iriny Paperno, mojej professor literatury rosyjskiej na Uniwersytecie Kalifornii w Berkeley biorę twórcze myślenie w połączeniu z analitycznym rygorem, jak i pewną postawę czekania, nawet czyhanie na to, co studenci powiedzą nowego, ciekawego. To jest mniej więcej model, który próbuję wcielić w życie.

Wśród kursów, jakie pan prowadzi, znalazłam informację, że uczył pan też o słowiańskich wampirach. Proszę opowiedzieć, czego mogli nauczyć się pana studenci?

Właśnie, wampiry. Jest to kurs kulturoznawczy (a może nawet kultowy?), stworzony z wielką przenikliwością przez moich kolegów slawistów Lisę Wakamiyę i Roberta Romanczuka na Florida State University. Miałem zaszczyt przejąć od nich ten kurs i prowadziłem w ostatnich latach z wielką przyjemnością. Tu dwa pytania są ważne: dlaczego wampiry i dlaczego slawistyka? Związki wampirów ze slawistyką umotywuje się bardzo prosto ich słowiańskim rodowodem.

Wampiry powstały w średniowieczu wśród wiejskiej ludności słowiańskiej na Bałkanach jako swego rodzaju kozioł ofiarny winny wtedy, kiedy nie kiedy nie dawało się wykryć sprawcy czy powodu różnych wypadków i katastrof. Ale wierzenia te rozwijały się tam za „żelazną kurtyną” Imperium Osmańskiego, zupełnie bez wiedzy zachodnich Europejczyków. Dopiero rozszerzenie granic monarchii austriackiej na Chorwację i północną Serbię w XVIII wieku pozwoliły na wierzenia i rytuały, związane z wampirami przeciec do Zachodu i wtedy stały się sensacją. Stało się to akurat w momencie kiedy dwa procesy się odbywały. Po pierwsze, kulturowo-polityczny podział Europy na „rozwinięty” Zachód i „mniej rozwinięty” Wschód tworzył się wtedy (na Zachodzie, oczywiście!), więc wampiry na zawsze zostały skojarzone ze Wschodem. Po drugie, Zachód właśnie wtedy mocno odchodził od tradycyjnych wierzeń i „magicznego myślenia” na rzecz rozumu, a tu nagle się pojawia coś, czego nie udaje się do końca wyjaśnić ówczesnymi narzędziami myślowymi, a więc sensacja. To jest w ogóle bardzo ciekawy moment kulturoznawczy. Opisy, dyskusje i próby wyjaśnienia ówczesnych zdumionych, a zarazem zafascynowanych zachodnich Europejczyków są lekturą, która zawsze chwyci studentów.

Kurs też stawia pytanie, skąd popularność wampirów. Jak wiadomo, dzisiaj wampiry są wszędzie: nie tylko w kinie grozy jak kiedyś, ale i w filmie obyczajowym, nie tylko w Hollywoodzie ale i w kinie autorskim. Literatura młodzieżowa jest nimi przesiąknięta, liczne seriale telewizyjne są im poświęcona. Pytanie dlaczego? Co postać wampira reprezentuje? Jaką treść, jakie niepokoje lub pragnienia kryją się za wampirami? I dlaczego wyraża się to tak pokrętnie, za pomocą tej postaci, a nie inaczej? Weźmy na przykład „Drakulę” Brama Stokera. Liczne studia przekonują, że postać wampira u niego to ukryty niepokój o przyszłość imperium brytyjskiego, czy też uświadomienie sobie granic pruderyjnej wiktoriańskiej seksualności, czy też chęć irlandzkiego pisarza zagrożonego deklasacji zemścić się na angielskich kolonizatorów. I wszystkie interpretacje się zgadzają. Dzisiaj za postacią wampira ukrywa się niewątpliwie niepokój o terroryzm, postęp technologiczny, biotechnologię, choroby zakaźne, ukrywa się obawa przed bogatymi ludźmi biednymi ludźmi i wszelakiego rodzaju „innymi”, itd.

Oczywiście, wampir może też reprezentować pragnienia, np. chęć należenia do jakiejś tajemnej, bardziej autentycznej społeczności, pragnienie znalezienia się lub przebywania wśród jakichś sobie równych, lecz niemniej „specjalnych” istot. Druga strona medalu to ideologizacji tej postaci. Czy postać wampira nie stwarza więcej problemów niż załatwia? Co się traci, kiedy nie mówi się wprost o czymś, tylko okrężnie, metaforycznie? Kto na tym zyska i kto traci? Krótko mówiąc, wampiry pojawiają się tam, gdzie ktoś narzuca lub usiłuje narzuci komuś władzę i czerpie z tego korzyść lub też czuje z tego powodu winę lub strach.

Jaki jaki jest pana ulubiony polski pisarz? Poeta?

Trudno powiedzieć. Jest to chyba trochę tak jakby zapytać chemika jaki jest jego ulubiony pierwiastek. Wszystkie są potrzebne. Więc wszystkich (prawie) polskich pisarzy lubię. Co nie znaczy, że zgadzam się ze wszystkimi. Wręcz przeciwnie, niektórych trzeba czytać na opak. Ale podchodzę do pisarzy w sposób zdecydowanie kolekcjonerski. Jestem fanem aforyzmu Stanisława Lema: „Podziwiać książkę, to właściwie podziwiać też samego siebe, że się potrafiło tak dobrze ją odczytać”. Więc lubię akurat tego pisarza, którego twórczości wykładam, opracowuję, próbuję przekazać. Oczywiście mam swoje preferencje, więc do rzeczy. Lubię przede wszystkim dwudziestowieczną klasykę. Wolę bardziej Miłosza niż Gombrowicza, Nałkowską niż Dąbrowską i Białoszewskiego niż Herberta. Lubię Uniłowskiego, Parnickiego i Tyrmanda. Jestem fanem polskiej fantastyki, więc lubię Dukaja, Huberatha, Grzędowicza i Żwikiewicza. Ale przede wszystkim chyba Lema. Tak, Lem. Stanisław Lem jest moim ulubionym polskim pisarzem.

Jaki jest pana ulubiony polski film? Wiem, że pan interesuje się filmem, czy wprowadzi pan filmy polskie do nauki swoich studentów?

Z filmowcami to tak samo jak z pisarzami. Prowadząc wykład z kina polskiego trzeba koniecznie dbać o to, żeby dany film przemawiał do studentów, więc trzeba go umieścić, naświetlić, rozszyfrować, czyli czuć, a więc lubić. Polskie filmy funkcjonują bardzo dobrze w dialogu lub zderzeniu ze sobą, np. dialog Wajdy z Munkiem, dialogi Żuławskiego czy Holland z Wajdą, dialog Kieślowskiego z Zanussim czy Królikiewiczem, dialog Polańskiego czy Holland z kinem Zachodnim, dialogi Krauze’ego, Jakimowskiego czy Trzaskalskiego z twórcami „kina moralnego niepokoju”, itd. Ale znowu do rzeczy: bardzo cenię Wajdę, ale jego twórczość to dla mnie raczej teren dla ciekawych badań niż osobistych przeżywań. Wolę „trzeci nurt” „szkoły polskiej”, a więc filmy Kawalerowicza, Lenartowicza i S. Różewicza z lat 50.

Polskie kino lat 70., zwłaszcza kino moralnego niepokoju, to chyba dla mnie najbardziej ciekawy okres. Jest to okres, w którym nie tylko stworzono znakomite obrazy jak „Barwy ochronne”, „Wodzirej”, „Tańczący jastrząb” lub „Amatora”, ale też okres, w którym chyba najbardziej przełamywano ramy samego filmu, wychodzono poza sprawy czysto filmowe lub artystyczne w dziedziny społeczne, filozoficzne, duchowne. Jest to kino, które stawia przede wszystkim pytanie, jak być (czy można być) innym, jako odbiorca, jako człowiek. Gdzie i jakie są alternatywy, urwane ścieżki, nieprzeczuwane możliwości osobistego i społecznego rozwoju. A więc kino nie jako rozrywka, ale jako autentyczne narzędzie transformacji ludzkiej. Najlepszym przykładem tego podejścia jest chyba „Na srebrnym globie” Żuławskiego. Jest to film niedokończony i drażliwy, ale też wizjonerski i (dosłownie) nieziemski. Jest to film, który atakuje, nie zostawia widza nieporuszonym, pobudza, a nie kołysze, niektórych nawet przyprawia o mdłości. Jest to film, na podstawie którego można uczyć nie tylko polskich dylematów, ale też granic i możliwości sztuki filmowej, jak i po prostu zmienności ludzkiej. „Na srebrnym globie” jest moimi ulubionym polskim filmem.

Jeśli dobrze rozumiem, to pana zajęcia będą obejmować język polski i polską literaturę. Czy ma pan już pomysł z jakiego okresu będzie pan uczył polskiej literatury?

-W pierwszym roku na Columbii skupię się wyłącznie na uczeniu języka. Obecnie są trzy poziomy, którymi trzeba się zająć. Później razem z szefową instytutu, lektorami innych języków słowiańskich i pracownikami z innych instytutów związanymi ze studiami polonistycznymi, ustalimy konkretnie atrakcyjny program zajęć kulturoznawczych. Na Florydzie działałem jakby trzytorowo: regularny wykład z historii polskiej kultury XX i XXI wieku, później seminarium z filmu powojennego (albo przegląd chronologiczny, albo zajmowanie się pojedynczymi reżyserami lub nurtami filmowymi), potem zajęcia tematyczne, łączące polskie dzieła literackie lub filmowe z dziełami światowymi (np. historia kultury wojny, kontakty kolonialne i post-kolonialne lub fantastyka naukowa). Nie wykluczam, że podobna wersja takiego programu będzie tu, na Columbii tworzona, ale na razie jest chyba zbyt wcześnie, żeby powiedzieć dokładnie, jak to będzie wyglądało w praktyce. Musi to być po prostu solidnie i gruntownie zrobione razem z innymi na tutejsze potrzeby i cele.

Jest pan tłumaczem z języka polskiego na angielski. Nad czym pan obecnie pracuje? Jakie utwory udało się panu przetłumaczyć?

Lubię tłumaczyć literaturę. Jest to zajęcie intelektualne, wymagające wiedzy i umiejętności specjalistycznej, ale zarazem praktyczne, warsztatowe, od razu przynoszące efekty, jak szlifowanie kamienia. Tołstoj, zapytany kiedyś, co chiał powiedzieć swoją powieścią „Wojna i pokój”, powiedział, że musiałby powtórzyć całą powieść słowo w słowo od początku do końca, aby odpowiedzieć na to. Otóż tłumaczenie literatury to jest możliwość, nawet luksus dania takiej odpowiedzi odbiorcy. Co chciał powiedzieć np. Uniłowski? Proszę bardzo, oto jego powieść. Tłumaczę przede wszystkim na potrzeby nauczania, może trochę idiosynkratycznie, ale to, co mi się podoba, czym chciałbym się podzielić ze studentami. Mam robocze wersje następujących dotąd nie tłumaczonych na angielski dzieł: „Miazga” Jerzego Andrzejewskiego, „Wspólny pokój” Zbigniewa Uniłowskiego, „Xavras Wyżryn” Jacka Dukuja, „Druga jesień” Wiktora Żwikiewicza oraz seria komiksowa „Rewolucje” Mateusza Skutnika. Jak na razie udało mi się opublikować tylko jedno tłumaczenie, piękne opowiadanie Olgi Tokarczuk pt. „Che Guevara„ osadzone w okresie Solidarności.

Co jest dla pana największym wyzwaniem w pracy tłumacza?

Największe wyzwanie dla tłumacza to osiągnięcie tej samej naturalności i płynności, co w oryginale. Dobre tłumaczenie musi się dać czytać jakby było napisane w danym języku, a nie tłumaczone na niego. Wszelka sztywność i sztuczność, zbyt dosłowne trzymanie się językowych struktur oryginału zabija tłumaczenie. Czytelnik musi czytać z przyjemnością, a nie oporem, bawić się, a nie potykać się. Przy czym oczywiście tłumacz musi jednocześnie umieć wiernie oddać to, co pisarz miał na myśli, co chciał powiedzieć. Niedoścignionym wzorem na zawsze pozostaną dla mnie tłumaczenia dzieł Lema, dokonane przez Michaela Kandela.

W jakich innych językach pan mówi. Wiem, że zna pan dobrze język rosyjski.

Znam też niemiecki i rosyjski, wracam do nich czasem, nawet często na polu akademickim. Żywię jeszcze ogromne zainteresowanie tymi dwiema kulturami i czytam ich literaturę z zapałem. Czytam też  po ukraińsku i białorusku.

Czy udało się panu spotkać prof. Frajlich, która odchodzi na emeryturę? Czy czytał pan Jej wiersze?

Tak! Miałem zaszczyt poznać Annę Frajlich w lutym tego roku, kiedy zaproszono mnie w ramach konkursu na Columbię. Mam nadzieję, że niedługo będę mógł powtarzać za nią o Nowym Jorku, że “Łodzią jest i przystanią”.

Czy był pan w polskiej dzielnicy Greenpoint na Brooklynie w Nowym Jorku?

Jeszcze nie! Byłem w Nowym Jork tylko trzy razy w życiu (a dwa razy w tym roku!), także jestem zupełnym nowicjuszem, jeśli chodzi o miasto. Mam nadzieję, że niedługo będę miał okazję zwiedzić Greenpoint.

Dziękuję i powodzenia na Columbii!

 

Rozmawiała: Danuta Świątek

Zdjęcie: archiwum – Christopher Caes 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *