Eliza Sarnacka-Mahoney
No Comments

Jest wiele sposobów, by zachęcić młodzież do czytania

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Karina Bonowicz

Młodzież czyta nie tylko wiadomości na Facebooku czy hasztagi na Instagramie – twierdzi Karina Bonowicz, dziennikarka, pisarka i scenarzystka. – Często jednak dorośli zniechęcają ją niedobrymi książkami.

Rozmowę o książkach dla młodzieży zacznijmy od pytania: jakie korzyści daje czytanie w młodym wieku?

Pytanie pisarza, co daje czytanie, to trochę jak pytanie właściciela cukierni, co daje cukier (śmiech). Oczywiście, mogę teraz wymieniać w nieskończoność korzyści płynące z obcowania z literaturą już od najmłodszych lat, powoływać się na Brunona Betthelheima itd., ale bardziej istotne wydaje mi się postawienie innego pytania: co jest lepsze, jeśli chodzi o młodego czytelnika – czytanie czegokolwiek (i cieszenie się, że w ogóle czyta) czy też czytanie starannie wyselekcjonowanych pozycji? Może powiem, jak to wyglądało w moim przypadku. Biorąc pod uwagę to, że zaczęłam czytać samodzielnie w wieku czterech lat, mogę śmiało powiedzieć, że mam za sobą ponad ćwierć wieku doświadczenia czytelniczego. Choć rodzice starannie dobierali mi lektury, i tak na własną rękę czytałam wszystko, co mi wpadło – legalnie lub nie – w ręce. Wiele książek przeczytałam za wcześnie, po inne drugi raz bym już pewnie nie sięgnęła, ale wydaje mi się, że każda z nich w mniejszym lub większym stopniu coś mi jednak dała. I tak na przykład w szkole podstawowej przeczytałam – i to całą! – głośną wówczas „Sagę o Ludziach Lodu”. Ktoś powie: hybryda kiepskiej literatury fantasy z koszmarnym romansem. Zgoda, ale dzięki czterdziestu kilku tomom poznałam doskonale tło społeczno-historyczne Skandynawii na przestrzeni kilku wieków, łącznie z detalami, o których nigdy bym się nie dowiedziała na żadnej lekcji historii. Do dziś mogę zagiąć niejednego Norwega, który na pewno nie zna tyle szczegółów na temat historii swojego kraju co ja (śmiech). Myślę jednak, że jak we wszystkim, także jeśli chodzi o czytanie i dobór lektur, trzeba się kierować umiarem i zdrowym rozsądkiem. Nie zalecałabym więc przekarmiania młodego czytelnika ani – niejednokrotnie ciężkostrawną – klasyką, ani fastfoodową literaturą popularną. Dobrze by było, żeby sam zdecydował, czy chce być depresyjnym Werterem w żółtej kamizelce czy ociekającym marysuizmem Edwardem ze „Zmierzchu”. Ale decyzję może podjąć dopiero po poznaniu obydwu biegunów literatury: klasyki i literatury popularnej.

Czy dzisiejsza młodzież czyta?

Czyta! I to nie tylko wiadomości na Facebooku czy hasztagi na Instagramie. Nie demonizowałabym tak bardzo dzisiejszych nastolatków; oni naprawdę nie są tak straszni, jak ich malujemy. Jako przykład mogę podać historię pewnego tłumaczenia. Dawno, dawno temu, trochę dla kaprysu, przetłumaczyłam bardzo popularną w owym czasie powieść amerykańskiej autorki książek dla młodzieży, która wtedy jeszcze publikowała wyłącznie w internecie. Wrzuciłam ją do sieci i… zupełnie o niej zapomniałam. Nie przyszło mi do głowy, żeby spodziewać się jakiegokolwiek odzewu. Kiedy po bardzo długim czasie przypomniałam sobie o niej i zajrzałam na pocztę administratora, okazało się, że jest zapchana e-mailami od młodych czytelników (a właściwie czytelniczek), dzielących się ze mną wrażeniami i pytających o dalsze części serii. A jednak ktoś przeczytał tę książkę… Może między fotografowaniem śniadania i wrzucaniem go na Facebooka, ale jednak przeczytał. Mało tego, poświęcił swój czas nie tylko na lekturę, ale także na napisanie do mnie e-maila. Chyba jednak najlepszą odpowiedzią na pytanie, czy młodzież czyta, jest to, ile książek z kategorii Young Adult pojawia się w ciągu roku. Oczywiście, o jakości – jak w przypadku wszystkich gatunków – możemy dyskutować, ale sam fakt świadczy o tym, że młodzież musi jednak czytać. No, chyba że wydawnictwa wydają tyle książek na przemiał… A nie wydaje mi się (śmiech).

Czy my, dorośli, zachęcamy czy zniechęcamy młodzież do czytania?

Zniechęcamy niedobrymi książkami. Albo źle podanymi. To jak ze złymi potrawami. Chyba nikomu nie będzie smakowało coś, co jest koszmarnie przyrządzone, mało pożywne, a na dodatek źle przyprawione czy zupełnie bez smaku. Albo po prostu nieodpowiednio podane. Pamiętam, kiedy podczas mojego krótkiego romansu z polskim systemem edukacji, który notabene znalazł swój wyraz w mojej pierwszej książce beletrystycznej, trafił się moim uczniom (a co za tym idzie, również i mnie) twardy orzech do zgryzienia w postaci sonetów Szekspira. Ręka księżniczki (albo księcia) i połowa królestwa dla tego, kto przekona siedemnastolatka do czytania miłosnych wyznań faceta żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku. No, cóż… Chyba i ręka, i królestwo powinno przypaść mnie, bo ich jednak przekonałam (śmiech). Moja klasa jako jedyna w całej szkole przeczytała wszystkie sonety. Dlaczego? Bo powiedziałam, że jeden z nich dedykowany jest zamiast niewieście – chłopcu. Oczywiście, nie zdradziłam, który to sonet… Jaki był finał? Uczniowie nie tylko przeczytali wszystkie sonety, ale zaczęli wstawiać cytaty z Szekspira w opisach na popularnym wówczas komunikatorze Gadu-Gadu. A jeśli chodzi o mnie, to nie cieszyłam się długo tym sukcesem, bo wylądowałam na dywaniku u dyrektora…

No właśnie, szkoła. Czego jej brakuje, by spełniała swój obowiązek i kształtowała człowieka niestroniącego od słowa pisanego?

Mogę powiedzieć, czego brakuje polskiej szkole, i ,niestety, mimo że nie uczę w niej od dekady, widzę, że nadal są to te same braki. Polska szkoła się nie zmienia. Mam wrażenie, że czas się zatrzymał i jesteśmy w szkole wyjętej żywcem z „Ferdydurke” Gombrowicza. Moja książka, która opisuje rzeczywistość sprzed dziesięciu lat, jest wciąż aktualna! Nadal piszą do mnie nauczyciele, którzy się żalą: „Pani Karino, czytam opis pokoju nauczycielskiego i on wygląda w mojej szkole dokładnie tak samo!”. A mnie ręce opadają. Bo przez dziesięć lat – siłą rzeczy – powinno się chyba coś zmienić, prawda? Tymczasem lista lektur wygląda tak, jakby Mickiewicz ją do spółki ze Słowackim układał. Chociaż akurat w przypadku tych panów trudno by było mówić o komitywie (śmiech). Młodzież w żaden sposób nie jest uwrażliwiana na słowo. Nie ma też żadnego prawa do wypowiadania własnego zdania i, nie daj Boże, argumentowania go. No, bo jak nie zachwyca, kiedy zachwyca… O ile nie trafi się polonista-wariat, który będzie – ryzykując nadmierną częstotliwość wizyt na dyrektorskim dywaniku – łamał sztywne ramy polskiego systemu edukacji, nie ma szans, żeby szkoła przygotowała młodzież do obcowania ze słowem. I to w jakiejkolwiek postaci. A przecież uczeń doskonale poradzi sobie w przyszłości, nie znając funkcji trygonometrycznych, budowy pierwotniaka czy nie posiadając umiejętności stania na rękach (mnie w każdym razie żadna z tych rzeczy jeszcze się nie przydała). Nie da jednak rady bez zdolności czytania między wierszami, o czytaniu ze zrozumieniem nie wspominając. Obawiam się jednak, że sztywne ramy systemu edukacji ograniczają tak ucznia, jak i samego nauczyciela, więc nie możemy do końca winić ani jednego, ani drugiego. Możemy obwiniać system. Ale system też tworzą ludzie, prawda?

Książki zaś tworzą pisarze, ale o tym, jakie zostaną wydane, decydują inni ludzie – wydawcy. Jak pani ocenia obecną ofertę rynku wydawniczego dla młodzieży?

Tak samo jak ofertę dla dorosłych; zdarzają się książki zarówno bardzo dobre, jak i bardzo złe. Niewątpliwie jednak jest ona znacznie szersza, niż miało to miejsce za czasów, kiedy ja byłam nastolatką. Miało się wtedy do wyboru albo „Anię z Zielonego Wzgórza”, albo „Tomka na Czarnym Lądzie”. Mnie bardziej interesowało, co tam u Tomka, ale on nie miał moich problemów, więc trochę trudno było mi się z nim identyfikować. Oczywiście, zdarzały się perełki, ale niezbyt często podejmowane były poważne problemy młodych ludzi. Często też nie traktowano rozterek młodzieży jako coś godnego uwagi, zwłaszcza literackiej. Dziś się to, na szczęście, zmieniło. I na nieszczęście również. Książki dla młodzieży zaczynają robić – mówiąc kolokwialnie – bardzo złą robotę, kiedy są „książkami zbójeckimi”, że się posłużę cytatem z Mickiewicza. A są nimi wtedy, kiedy wypaczają obraz rzeczywistości do granic możliwości i propagują złe albo po prostu głupie wzorce. Myślę, że najlepszym tego przykładem jest – przypisywane Stephenowi Kingowi, choć nie wiadomo, czy on o tym wie – wyjaśnienie, czym różni się „Harry Potter” od sagi „Zmierzch”. Ano tym, że pani Rowling pokazuje, jak ważna w życiu młodego człowieka jest przyjaźń, przyzwoitość, lojalność i umiejętność podejmowania własnych decyzji, natomiast pani Meyer pokazuje, jak ważne jest… posiadanie chłopaka, kiedy ma się siedemnaście lat. Myślę jednak, że nastolatek i tak powinien mieć wybór, czy przekonuje go pani Rowling czy pani Meyer. Jeśli zdecyduje się na panią Meyer, droga wolna. Ale warto chyba poznać obydwie strony tego medalu, jakim jest literatura dla młodzieży. Mogę za to powiedzieć, że oferta dla dzieci jest niezmiennie bardzo dobra. Wynika to pewnie z tego, że książek dla dzieci nie może pisać byle kto. Dziecko jest wyjątkowo wybrednym i wymagającym czytelnikiem i nie da się go oszukać. Osobiście nie podjęłabym się pisania takiej literatury, bo to bardzo trudne i odpowiedzialne zadanie. Literatura dla dzieci jest na naprawdę wysokim poziomie, więc jest w czym wybierać.

Wśród tego grona wciąż znajduje się klasyka. Wiele pozycji do dzisiaj świetnie się broni. Ale z niektórych może warto już zrezygnować?

Absolutnie nie rezygnowałabym z tego, co przetrwało próbę czasu. „Opowieści z Narni”, „Przygody Hucka Finna”, „Olivier Twist”, „Dzieci z Bullerbyn”, „Pippi Pończoszanka”, „Harry Potter”, który już jest klasyką… Można wymieniać w nieskończoność. To są bardzo wartościowe książki i myślę, że młody czytelnik zauważy to, kiedy przestanie już być młodym czytelnikiem, bo można je śmiało czytać także w podeszłym wieku, czyli na przykład w moim (śmiech). Uważam jednak, że klasykę zawsze należy uzupełniać o lektury współczesne. Nawet o te złe. Wobec złych książek też nie wolno przechodzić obojętnie. W końcu jak inaczej docenilibyśmy te dobre?

Czyli w procesie wychowawczym powinny brać udział również książki gorsze. W Ameryce o wychowywaniu mówi się „It takes a village”. Parafrazując możemy więc powiedzieć: potrzeba nam wszystkich książek! Co jednak moglibyśmy zmienić w szkole i we własnym domu, by młody człowiek chętniej i częściej po te książki sięgał?

Najgorsze, co można zrobić, to przerzucać się odpowiedzialnością i nie robić nic. Tymczasem każdy z nas jest na swój sposób odpowiedzialny za tego młodego człowieka. Sposobów, by go zachęcić, jest naprawdę mnóstwo, trzeba tylko trochę pogłówkować. Myślę, że skoro mój pomysł z sonetami Szekspira zadziałał, to podobne koncepty również mogą przynieść upragniony skutek. Oczywiście, żadna metoda nie gwarantuje sukcesu, ale to nie znaczy, że nie trzeba próbować. Warto tylko pamiętać, żeby nie zmuszać, ale zachęcać. Jaki będzie efekt? Tego nigdy nie wiadomo, ale to jest jednocześnie urok procesu wychowawczego, prawda? W moim domu zawsze było pełno książek. Ja kochałam język polski, mój brat – wf. Ja zostałam pisarką, on – wojskowym!

Zbliża się okres obdarowywania się prezentami oraz czynienia noworocznych postanowień czytelniczych. Czy mogłaby pani polecić jakieś konkretne tytuły młodemu czytelnikowi?

Mogę polecić to, co sama kupiłam albo bym kupiła w ramach prezentu pod choinkę. A zapewniam, że nie poleciłabym byle czego, zgodnie z zasadą „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Traktuję to powiedzenie bardzo poważnie, zwłaszcza jeśli chodzi o książki (śmiech). Jako prezent dla nastolatka, choć nie tylko, widzę dwie pozycje wydawnictwa Stara Szkoła, w których zakochałam się w tym roku bez pamięci. Pierwszą jest książka „Uczniowie Cobaina” Miroslava Pecha, a drugą – pierwsza część „Dzienników Nicka Twispa” C.D. Payne’a. Dwujęzyczne nastolatki być może znają tę drugą pozycję w wersji oryginalnej, także za sprawą filmu, w którym rolę Nicka gra rewelacyjny Michael Cera. Przekład polski ukazał się jednak dopiero w tym roku. Obydwie książki – w fenomenalnym tłumaczeniu Mirosława Śmigielskiego – traktują o urokach i piekle dorastania. Mimo że bohaterowie „Uczniów Cobaina” dorastają w czeskim miasteczku, a nastolatki z „Buntowniczej młodości” w słonecznej Kalifornii, ich rozterki są bardzo zbliżone. Od razu jednak uprzedzam, że aby sięgnąć po te książki, prócz umiejętności czytania, warto posiadać jeszcze poczucie humoru. Obydwie są przezabawne, ale też bardzo trafnie oddające cienie i blaski bycia nastolatkiem. O tym, że pozycje te mogą być też doskonałym prezentem także dla dorosłych, może świadczyć to, że od jakiegoś czasu moja przyjaciółka zaczęła w czasie pracy coraz częściej odwiedzać toaletę. Oczywiście, tylko po to, żeby poczytać kolejny fragment „Buntowniczej młodości”! Jeśli natomiast chodzi o jeszcze młodszego i najmłodszego czytelnika, to polecam „Sen Alicji, czyli jak działa mózg” Jerzego Vatulaniego (wydawnictwo Mando), wybitnego neurobiologa, i myślę, że jednego z największych polskich umysłów naszych czasów, który oprócz tego, że był niesamowitym mózgowcem, posiadał także niezwykły dar gawędziarski. Ta książka to sporo wiadomości naukowych w połączeniu z dużą dawką humoru, który spodoba się nie tylko dzieciom, ale i zainteresuje nastolatków, a nawet dorosłych. Myślę, że gdybym przeczytała taką książkę w młodości, sama nie chciałbym być nikim innym, tylko neurologiem (śmiech). Na koniec wspomnę jeszcze o dwóch książkach Michała Rusinka: „Jak przekręcać i przeklinać” wydaną przez Znak oraz „Pypcie na języku” wydawnictwa Agora. Mam nadzieję, że pana Rusinka przedstawiać nie trzeba, więc wiadomo, że w obydwu książkach będzie dużo o języku, ale za to zabawnie i przewrotnie. Tytuły mówią już same za siebie, prawda?

 

Rozmawiała: Eliza Sarnacka – Mahoney

Wywiad ukazał się na stronie www.dziennik.com

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *