Lidia Russell
No Comments

Kolorowy Quebec

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

 

Zacznę jak zwykle rano: od kawy. Jeśli przybywacie do Quebecu z Polski czy innego kraju Europy, nawet najlepsza kawa z kanadyjskim syropem klonowym może was rozczarować. Jeśli natomiast odwiedzacie Kanadę po paru latach w USA, tutejsza kawa ma posmak wręcz wykwintny. Tim Horton to uszlachetniona wersja sieci Donkun Donuts z całkiem przyzwoitą paletą kaw, co najważniejsze (prawie) mocnych. Warto zacząć od którejś z nich poranek w Quebecu. Zwłaszcza gdy czeka nas długi dzień.

 

 

 

***

Prowincja Quebec, której miasto Quebec jest stolicą, uznawana jest za największą i najpiękniejszą w kraju. Mieszka tu też największa francuskojęzyczna społeczność na świecie – 8 milionów obywateli mówiących po francusku i przywiązanych do frankońskiej kultury i tradycji. Wielu mieszkańców prowincji Quebec wciąż stara się o to, by odłączyć się od Kanady i stać się niezależnym państwem. Jest to jednak dość kulturalny separatyzm.

 

 

 

 

Francja poza Francją robi wrażenie nieuporządkowanej i rozleniwionej, lecz pełnej wdzięku. Kolorowe uliczki i kawiarenki w Quebecu przypominają bardziej nastrojem francuską prowincję niż Paryż, choć widok na dachy starego miasta ze wzgórza nad cytadelą ma paryski koloryt.

 

 

 

 

W maleńkim ciasnym bistro (mój mąż dodaje, że smoky and greasy), w którym chronimy się przed deszczem i konsumujemy potulnie francuską wersję hamburgera oraz łososiowy pasztet, kelnerka o chropawym głosie nawołuje klientów w łamanej angielszczyźnie, która w środku frazy przechodzi ze śmiechem i ulgą w francuski. Odnoszę wrażenie, że zna tu wszystkich poza nami. Myślę też, że z powodzeniem mogłaby zagrać temperamentną francuską kelnerkę w filmie o okupowanej Francji. Jeśli nie ucierpiałaby na tym oczywiście jej kanadyjska duma – bo Kanadyjczycy są z pewnością dumni z tego, że są właśnie Kanadyjczykami.

 

 

 

„Najbliższa Europa”, piszą o Quebecu w przewodnikach. Miasto założono w 1608 r., jest więc o ponad 200 lat starsze od samej Kanady. Taki bagaż historii rzeczywiście czyni z Quebecu prawie Europę, a „kostka brukowa” to nie tylko fraza, która pojawia się obok Chateau Frontenac; to przyjemny fakt, który przypomina mi o spacerach warszwskimi, krakowskimi, praskimi i paryskimi brukowanymi uliczkami.

 

 

Europejskie wakacje zaczynają się zaledwie sześć godzin drogi samochodem z Bostonu. Moim prywatnym historycznym europejskim odkryciem jest dom z tabliczką „Saint-Exupéry”, nieopodal amerykańskiej ambasady.

 

 

To dość niezwykła historia: Saint-Exupérys rezydowali w Quebecu przez kilka tygodni wiosną 1942 r. i w tym właśnie czasie pisarz spotkał tu intrygującego 8-letniego chłopca z kręconymi blond włosami. Chłopiec miał na imię Thomas i był synem filozofa Charlesa De Konincka. Spotkania z pisarzami bywają niezapomniane: niedługo później mały kanadyjski chłopiec przemienił się w… Małego Księcia. Schorowanego i zestresowanego pisarza do napisania książki dla dzieci przekonała francuska żona jednego z jego wydawców – miała to być konkurencja dla „Mary Poppins”. Exupéry napisał i zilustrował „Małego Księcia” po powrocie z Quebecu w Nowym Jorku. Książka ukazała się najpierw w Stanach Zjednoczonych (po angielsku i francusku).

***

Na „górną” starówkę wchodzimy uroczyście przez bramę o średniowiecznym szarmie. C’est magnifique! Jedyne miasto w Ameryce Północnej okolone murami obronnymi – od 1985 r. na liście dziedzictwa UNESCO. Francja zdecydowanie rządzi tutejszą archotekturą, kuchnią, reklamą, stylem (zaledwie 1 proc. ludności tego miasta to anglofile), ale kanadyjskie zimy są długie i zimne, z dużą ilością śniegu, co zabudowa Quebecu również bierze pod uwagę. Spadziste dachy zaprojektowano tak, by śnieg zsuwający się po nich nie zbierał się i nie zniszczył domu.

 

 

Quebec jest także dość kompaktowy; da się przejść wzdłuż i wszerz w ciągu dwóch dni. Jeśli zwolnimy do tego kroku, trzymając się zasady slow life, miasto zalśni pełnym blaskiem. A my poczujemy się mniej zagubieni wśród wąskich kolorowych uliczek.  

 

 

Chateau Frontenac

Jedyny taki na świecie – klejnot kanadyjskiej architektury i znak firmowy miasta z 1893 r. Do dziś działający historyczny luksusowy hotel z pluszowymi pokojami z basenami. Łącznie 611 pokoi. Pełna elegancja i tym razem również Francja, której alpejską architekturą zainspirował się amerykański architekt Bruce Price w swojej pracy na zlecenie Canadian Pacific Railway. Kolej była bardzo ważną częścią kanadyjskiej historii i z pewnością zasługiwała na taki monument.

 

 

Terrasse Dufferin

Bulwar ciągnący się od Zamku-Hotelu Frontenac aż na krawędź Cytadeli. Liczne ławeczki, kioski, budki z frykasami, wszystko z pięknym widokiem na rzekę Św. Wawrzyńca i Góry Laurentańskie. Latem jest tu spacerowo, a zimą – zjazdowo. Tor saneczkarski kończy właśnie tu swój bieg.

 

 

Bazylika Notre-Dame

Katedra z 1647 r., z obrazami dawnych mistrzów i nostalgią za wczesnymi francuskimi władcami Quebecu. Wspaniały kościół, w którym powitał nas niespodziewanie kilkuminutowy brawurowy koncert organowy w wykonaniu księdza, który miał akurat gości i najwidoczniej zapragnął zaprezentować im możliwości gigantycznego i dostojnie brzmiącego instrumentu. Nie ma to jak znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie!  Warto pamiętać, że to tu są słynne drzwi, których dotknięcie z czystym sercem pomóc ma modlitwie dotrzeć we właściwe miejsce. Uwaga na koreańskich i japońskich turystów, którzy w dużych grupach fotografują się POJEDYNCZO pod drzwiami podczas aktu dotknięcia. Jedna taka grupa może znacząco przedłużyć czas pobytu w katedrze.

 

 

Petit Champlain

Najbardziej zatłoczone schody na świecie – z widokiem na małe wąskie uliczki z pamiątkarskimi sklepikami w najstarszej części miasta; zimą pewnie niezbyt bezpieczne, latem zalewane przez kolorowe tłumy spieszących do kolejnych butików, galerii, restauracji, w niekończącym się turystycznym korowodzie.

Domki zbudowali francuscy artyści w 1680 r.; w XIX w. wprowadzili się tu irlandzcy pracownicy portu i dzielnica stopniowo zaczęła podupadać. W XX w. robotnicze domy zamieniono w 50 galerii i sklepików z drobiazgami oraz restauracji.

Dziś to jedna z najbardziej żywotnych miejskich atrakcji, choć ceny z pewnością nie zachęcają do zakupów. Za gałkę lodów gdzie indziej zjedlibyście obiad. Niektóre sklepiki przyciągają klientów oryginalnością – cukiernia z fudge (północnoamerykańska wersja polskiej „krówki” o różnych smakach) pozawijanymi w mięsne serdelki osobiście nie skojarzyła mi się z dobrym smakiem, ale o gustach się nie dyskutuje. Niektóre tutejsze murale na pewno za to zasługują na uwagę.

 

 

Plac Royale

Śliczny pastelowy mniejszy (dolny) Stary Rynek z kostką brukową pamiętającą założyciela miasta Samuela de Champlain i z zabudową z XVIII i XIX w. Ulubione miejsce ulicznych buskerów. W ciągu godziny zauważyliśmy, że zmieniają się na „rynkowej” stacji pewnie według ustalonego wcześniej między sobą planu – siwowłosy harfista ustąpił miejsca ciemnoskóremu gitarzyście. Obu widzieliśmy jeszcze tego samego dnia w innych miejscach.

 

 

Kościółek Notre-Dame-des-Victoires

Mała i w porównaniu z Bazyliką uboga świątynia, przepełniona bielą, złotem, błękitem i atmosferą folklorystycznej słodyczy. Oaza ciszy i spokoju na zatłoczonym, wibrującym dźwiękami, zapachami i kolorami małym starym rynku. Pod sklepieniem – zaskoczenie – kołysze się sporej wielkości masztowiec. Podobnie jak tutejszy port, ma swoją historię.

 

 

Galerie

Quebec jest ich pełen, choć nie wszystkie oferują coś, co można nazwać sztuką. Szczególnie widoczne są te z rzeźbami Inuitów w drewnie i kamieniu. Artyści z Kanady od XIX w. podróżowali studiować europejską sztukę w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku. Lokalnym stylem zawładnęły jednak zimowe pejzaże lasów i piękne prymitywne rzeźby (http://www.inuit-art.ca/), pełne magii i nawiązujące do mitów Północy. Wcześniej miały one często religijne (rytualne) znaczenie. Wraz z przybyciem Europejczyków Inuci zaadaptowali swoje artystyczne zdolności do wymagań rynku – rzeźby z kości słoniowej, marmuru, kamienia i obrazy przypominające malunki naskalne zaczęły osiągać kosmiczne ceny, a galerie innuickiej sztuki rozmnożyły się szczególnie w wielkich miastach, takich jak Quebec, Toronto czy Montreal. W myśl zasady support local artists opuszczamy jedną z galerii z pięknym kobaltowym (i jak przystało na okolicę, zmieszanym z paryskim błękitem) kubkiem lokalnej ceramiczki Blue Marie. Właśnie piję w nim kawę!

Montmorency Falls

Wyższy i bardziej fotogeniczny od Wodospadu Niagara, położony zaledwie 13 km od centrum miasta w przepięknym parku z kawiarnią, prawie 90-metrowy wodospad zaprasza do podziwiania sił natury.

 

 

Dramatyczny widok wzmacniają dramatyczne sporty – zjazdy na linie nad wodą. Zawieszony nad wodospadem drewniany most także robi wrażenie – zarówno z punktów widokowych z dołu, jak i z aktualnego wstąpienia nań na uginających się lekko nogach – ale tylko przez pierwszych parę kroków. Potem można już biegać bez obaw po moście tam i z powrotem, jak dzieci i inni fotografowie. Z mostu podziwiać można nie tylko wodospad i okoliczne klify, ale także piękną panoramę Quebecu, Wzgórza Laurentańskie i rzekę Świętego Wawrzyńca. Wiatr i widoki dosłownie zapierają dech w piersiach.

Tyle letnich wspomnień. A na tych, którzy wybierają się do Quebecu właśnie teraz, czeka jedyny taki na całym kontynencie:

Zimowy karnawał 

Na tradycję zainicjowaną w 1894 roku składają się: wielki lodowy pałac, lodowe canoe na rzece Świętego Wawrzyńca, zimowa parada, bal przebierańców w Frontenac (który aż się prosi o kostiumy). Snowboarding, hokej, tory saneczkowe i przejazdy saniami. A także narodowy napój alkoholowy z syropem klonowym oraz lodowe taffy – przysmak ze śniegu zawijanego na patyk po uprzednim polaniu go gorącym klonowym syropem. Jak trafnie ktoś to ujął – gdy ma się tyle zimy, nie pozostaje nic innego, jak ją polubić…

I niech to będzie nasze motto na dziś w Bostonie, Nowym Jorku i wszystkich zasypanych śniegiem okolicach.

 

 

Tekst i zdjęcia: Lidia Russell

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *