Justyna Bereza
No Comments

Rozbudzić zainteresowanie, zachwycić, włączyć do działania…- rozmowa z promotorem polskiej kultury i sztuki  Ryszardem Druchem  

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

Ryszard Druch

Dzięki niemu kwitnie życie kulturalne Polonii w Trenton NJ. Dzieci i młodzież obcują ze sztuką, rozwijają swoje pasje i talenty. Działa pro publico bono, poświęcając swój czas i energię, aby nadać barw polonijnej codzienności. Choć osiągnął już wiele, wciąż pozostaje bardzo skromny. Mowa tu o Ryszardzie Druchu – malarzu, karykaturzyście, satyryku, ale przede wszystkim animatorze polskiej kultury w Ameryce. Jego pasja i  miłość do sztuki sprawiły, że lokalna Polonia od ponad 25 lat ma niezwykle bogatą ofertę kulturalną.

JB: Panie Ryszardzie, proszę opowiedzieć nam o swoich początkach w Ameryce. Kiedy, jak i dlaczego za ocean? 

RD: Moja emigracja rozpoczęła się w 1991 roku, kiedy to w ramach loterii wizowej wygrałem „zielone szczęście”. Przyleciałem w grudniu i pierwszą moją pracą zarobkową była sprzedaż choinek. Nie znałem języka angielskiego, więc to zarobkowanie zapamiętałem jako wielki stress.

Jednocześnie pozytywnie zaskoczył mnie fakt, czego pewnie większość emigrantów  doświadcza,  że wszystko wydawało się tu bardziej kolorowe. Poczułem wtedy pewną fascynację Ameryką. Pamiętam, jak duże wrażenie wywarł na mnie widok oświetlonej nocą, nowojorskiej metropolii widzianej z lotu ptaka. To był zupełnie inny świat.

W Polsce w połowie lat 80. bezpośrednio po stanie wojennym, bardzo wiele osób marzyło, żeby się wyrwać z polskiej biedy. Każdy, kto przyjechał do Stanów, uważał, że wylosował szczęśliwy los.  Był to też czas, kiedy 1 dolar kosztował na czarnym rynku ok. 100 zł, a w Pewexie można było za niego kupić chyba pół litra „płynu narodowego”. Dla wielu był to dobry przelicznik, zwłaszcza że za godzinę pracy w USA otrzymywało się wtedy 5-6 dolarów.

Myślę, że nawet dziś, mimo zmieniającej się sytuacji w Europie, wielu Polaków wciąż marzy o wyprawie zarobkowej za Atlantyk.

JB: W Polsce był Pan nauczycielem, wyjeżdżając do Stanów, pozostawił Pan szkołę, ale jak się okazało, nie na długo. 

RD: Tak, to prawda. Wróciłem do niej, tym razem w charakterze… studenta Mercer County Community College w Trenton, NJ. Było to bardzo cenne i uważam konieczne, z perspektywy emigranta, doświadczenie. Mile je wspominam. Uczęszczałem na kurs projektowania reklam i na początku, nie znając języka, „komunikowałem się” za pomocą moich rysunków… To było bardzo pomocne, ale niewystarczające. Zrozumiałem wtedy, że bez znajomości angielskiego niczego w Ameryce nie osiągnę.

 

 

JB: W latach 90. w Trenton, stolicy stanu New Jersey, w którym mieszka Pan do dziś, Polonia stanowiła bardzo liczną społeczność. Jak wyglądało życie kulturalne naszych Rodaków w tamtym okresie i jaki był w nim Pana udział?

RD: Mój kolega z dawnych lat, Andrzej Weiss stworzył miesięcznik społeczno-kulturalny „Spójnik”, w którym byłem grafikiem, a nawet autorem tekstów. Był to swego rodzaju ewenement, gdyż było to pierwsze polskojęzyczne czasopismo społeczno-kulturalne w New Jersey! Jego redakcja dość szybko przerodziła się w lokalne centrum polskiej kultury. Redaktor naczelny „Spójnika”, a zarazem jego wydawca Andrzej Weiss zaczął sprowadzać do Trenton artystów, w tym trupy teatralne, które z powodzeniem przyciągały polską widownię. Wspomnieć tu należy „Polską Grupę Teatralną w Nowym Jorku” Ireneusza Wykurza, który goszcząc w Trenton, zaprezentował tutejszej Polonii przedstawienie „Jasełka” Leona Schillera. Dużym wydarzeniem kulturalnym była sztuka Jana Brzechwy „Pchała Szachrajka” wystawiona w „Showcase Theatre” mieszczącym się przy Indiana Avenue. Pamiętam, że ten mały teatr wypełniony był po brzegi dziećmi. Wyreżyserował i wystąpił w niej profesjonalny aktor Jacek Kupiec wraz z Joanną Gaj, absolwentką Akademii Muzycznej w Gdańsku.

Pod szyldem „Spójnika” organizowane były okolicznościowe imprezy jak pikniki, zabawy i wycieczki. Trochę tego „kulturalnego zamieszania”  w Trenton się zrobiło. To była fajna przygoda i ciekawe lata. W tym okresie udało mi się również nawiązać trochę polonijnych kontaktów, które zaowocowały w przyszłości.

Moja „walka o niepodległość emigranta” była rozciągnięta w czasie, a wszystkie zabiegi dotyczące promocji polskiej kultury były takimi substytutami własnej twórczości plastycznej. Będąc zmęczony codzienną pracą fizyczną, musiałem „maczać palce” w kulturze, bo to ona od młodości jest moją pasją i sensem życia.

W drugiej połowie lat 90. – kiedy miesięcznik „Spójnik” już nie istniał, zacząłem samodzielnie organizować pojedyncze imprezy kulturalno-artystyczne. W wynajmowanym domu przy Mulberry Street zorganizowałem „Teatr malowania” z udziałem świetnego malarza i grafika Bolesława Polnara, który na zaproszenie Andrzeja Weissa przebywał w Stanach kilka tygodni. To artystyczne wydarzenie zgromadziło ponad… 130 osób! To było niebywałe osiągnięcie jak na tamte czasy. Kolejnym był  występ polonijnego barda i autora humorystycznych piosenek Waldemara Wiśniewskiego vel Hrabiego Rodzimskiego. I to właściwie były moje pierwsze imprezy – prekursorskie wobec salonów, które do dziś organizuję.

 

 

JB: I tak doszliśmy do słynnych Salonów Artystycznych, z których jest Pan najbardziej znany szerokiej Polonii. Jakie były ich początki, ile spotkań udało się do tej pory zorganizować i kto ze znanych postaci gościł u Pana? 

RD: To długa historia. Zacząłem organizować salony w roku 2000. Pierwszym było spotkanie Polaków uprawiających poezję i prozę i nazywało się „biesiadą literacką”. Po niej pomyślałem sobie, że muszę zorganizować kolejne, ale już z widownią i że muszą się one nazywać „salonami artystycznymi” i muszą być numerowane. Do tej pory zorganizowałem ich bardzo dużo, ostatni Sylwestrowy Salon Filmowy miał numer porządkowy 173. Do organizacji salonów skłoniła mnie, jak wcześniej wspomniałem, skąpa oferta kulturalna, jaką miała kilkanaście lat temu Polonia, szczególnie w Trenton. A ponieważ w Polsce jako instruktor harcerski przez wiele lat byłem szefem „od kultury” w Hufcu ZHP Opole-miasto pchało mnie do kontynuowania tej działalności w środowisku polonijnym. Zresztą, prawdziwego bakcyla promocji kultury nabrałem właśnie w harcerstwie. Gdyby nie ono, nie rozwinąłbym tej działalności za oceanem.

Gośćmi moich „Salonów Artystycznych” było wielu znanych Polaków, ale i kilku Amerykanów. Pierwszym gościem był nieżyjący już dziennikarz i podróżnik, autor wielu książek Olgierd Budrewicz z Warszawy. W moim studiu-galerii byli także: piosenkarka Krystyna Prońko, himalaista Ryszard Pawłowski, podróżnicy: Jacek Pałkiewicz, Beata Pawlikowska, Andrzej Sochacki,  historyk i dziennikarz Adam Michnik, profesor psychiatra Yehuda Nir z Nowego Jorku, Amerykanin Matthew Tyrmand syn Leopolda Tyrmanda, amerykańska reżyserka filmowa Mary Skinner autorka filmu dokumentalnego „In The Name of Their Mothers”, polska pisarka (niegdyś sekretarka Melchiora Wańkowicza) ze Stanu Delaware Aleksandra Ziółkowska-Boehm, kolekcjoner sztuki dr Wiesław Zdaniewski, wybitny polski matematyk z Rutgers University prof. Henryk Iwaniec, kabarety polonijne: „I Po Krzyku”, „Prima Aprillis”, „To i Owo” (nie wspominając mojego kabaretu „Odlot”), wenezuelski gitarzysta Arturo Romay z Princeton, NJ, Teatr Polski im. Jana Pilitowskiego z Toronto, słynny polski saksofonista Krzysztof Medyna ze Stanford, CT, … I wielu innych, których trudno tutaj w komplecie wymienić.

Po latach mogę powiedzieć, że moje comiesięczne spotkania wykształciły pewną grupę stałej widowni, a zarazem nową potrzebę kulturalną, potrzebę bycia na „salonach u Drucha”. To niezwykle budująca rzecz stworzyć rodzaj cyklicznej imprezy kulturalno-artystycznej i prowadzić ją blisko 20 lat…

 

JB: Ryszard   Druch   z   wykształcenia   jest   historykiem,   z   zamiłowania i drugiego zawodu karykaturzystą.  Która z tych ról jest Panu bliższa?

RD: Jestem nauczycielem historii i plastykiem z dyplomami Wyższej Szkoły Pedagogicznej oraz Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Opolu. Mając przekroczoną już trzydziestkę, uzyskałem legitymację Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury podpisaną przez twórcę Muzeum Karykatury w Warszawie, słynnego grafika Eryka Lipińskiego. Od swojego nauczycielskiego magisterium uprawiam równolegle dwa zawody – nauczyciela i artysty plastyka, dokładnie mówiąc karykaturzysty i grafika.

JB: Skąd wziął się pomysł na rysowanie karykatur? Co spowodowało, że zajął się Pan rysunkiem?

RD: Kiedy skończyłem 27 lat (i studia historyczne oraz roczną służbę wojskową) nie mogłem kontynuować – podejmowanych wcześniej – prób uzyskania dyplomu akademii sztuk pięknych… Niestety, takie były w PRL przepisy prawne, a ja bardzo chciałem uzyskać jeszcze status profesjonalnego artysty plastyka, co dawało możliwość wykonywania prac zleconych w Pracowniach Sztuk Plastycznych – instytucjach państwowych zrzeszających plastyków zawodowych. Szansę dawał… rysunek satyryczny. Wszystko zmaterializowało się w dekadę po moim debiucie prasowym, który miał miejsce w roku 1978 (o rany! 40 lat temu!), kiedy to zobaczyłem po raz pierwszy swój  rysunek satyryczny w prasie. W 1988 roku trzymałem w ręku legitymację nr 130 Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury i wreszcie mogłem sprzedawać swoje prace w  państwowych galeriach sztuki. To była bardzo ważna cezura czasowa i zmiana w moim życiu.

JB: A jakie tematy plastyczne interesują Pana najbardziej?

RD: Karykatura portretowa, polityka, tematyka społeczno-obyczajowa (szczególnie polska), ale również plakat, afisz czy projektowanie graficzne (znaki firmowe), na trzecim miejscu wymienić mi wypada malarstwo sztalugowe, któremu ostatnio poświęcam więcej czasu.

JB: Ośmiesza Pan czy tylko komentuje?

RD: Jedno i drugie, bo tego w rysunku satyrycznym – czy nawet karykaturze portretowej – oddzielić się nie da. Preferuję rysunek bez podpisu, ale od dwóch lat wykonuję sporo rysunków satyrycznych o Polsce, w których stosuję podpisy… Bardzo lubię grę słów łączoną z rysunkiem…

JB: Wiem, że działa Pan również w kraju. Proszę opowiedzieć o swoich wyjazdach do Polski i organizowanych tam Polsko-Amerykańskich Salonach Artystycznych. Jaki jest ich cel? Czy mają one charakter  budowania tzw. pomostu polsko-amerykańsko-polonijnego? 

RD: Odwiedzam Polskę – od chyba siedmiu lat – bardzo regularnie, bo co roku. Ponieważ na moich „Salonach Artystycznych” w USA gościłem kilku moich przyjaciół z Opola – poetę Harry’ego Dudę, gitarzystę klasycznego Tadeusza Pabisiaka, żeglarza Ryszarda Sobieszczańskiego, dyrektora Opolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Łosiowie Henryka Zamojskiego – postanowiłem wspólnie z nimi organizować w Opolu i na Opolszczyźnie polsko-amerykańskie salony artystyczne. W ten sposób rzeczywiście realizuję od lat taki kulturalny pomost transatlantycki. W jednym z takich salonów w Polsce wystąpił np. poeta Zbigniew Rossa ze Sparty, NJ. 29 listopada 2017 roku w Muzeum Uniwersytetu Opolskiego wspólnie z artystą rzeźbiarzem Grzegorzem Gustawem z Filadelfii zorganizowaliśmy główną imprezę 172. Polsko-Amerykańskiego Salonu Artystycznego, czyli dużą wystawę jako polscy artyści i społecznicy z USA. Do połowy stycznia 2018 roku można oglądać na tej wystawie rzeźby i płaskorzeźby, malarstwo i grafikę oraz rysunek satyryczny. Wernisaż miał uniwersytecką rangę – otwierał go rektor Uniwersytetu Opolskiego prof. dr hab. Marek Masnyk oraz dyrektorka uniwersyteckiego muzeum dr Wanda Matwiejczuk. Wyjątkowo dopisała publiczność, a sala ekspozycyjna pękała dosłownie w szwach.  Salonom artystycznym w Polsce towarzyszą już od sześciu lat cykle moich spotkań z uczniami i nauczycielami opolskich szkół czyli  „Warsztaty karykatury”, które organizuję wspólnie z Grzegorzem Pielakiem, nauczycielem-metodykiem z Miejskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli w Opolu. W tym roku odbyły się one w Opolu, Strzelcach Opolskich, Suchej i Łubnianach. Te spotkania są przedłużeniem mojej pracy nauczyciela plastyki, którą od 2003 roku prowadzę w swoim „ognisku plastycznym” w Druch Studio Gallery w Trenton, NJ.

JB: Aby uczestnictwo w kulturze mogło być czymś wyjątkowym i odświętnym, potrzebna jest edukacja. Wiem, że prowadzi Pan zajęcia z rysunku i malarstwa dla dzieci i młodzieży, ucząc ich poruszać się w świecie sztuki i odkrywając często ich plastyczne pasje. 

RD: Moje pierwsze zajęcia plastyczne zorganizowałem w 2003 roku, kiedy to uruchomiłem własną „Druch Studio Gallery”. Pamiętam, że przyszło wtedy 5 nastolatek ze szkoły w Lawrenceville, NJ. Wśród nich była Małgosia Gruszka, dzisiaj absolwentka architektury w Filadelfii. Miałem ogromną satysfakcję, kiedy spotkana po wielu latach przyznała, że zajęcia w mojej galerii bardzo jej pomogły w studiowaniu architektury. Kolejną grupą adeptów były osoby dorosłe, później dzieci. Dziś w „Akademii Sztuk Pięknych” lekcje pobiera ponad 30 uczniów. To zaskakujący mnie samego wynik, który potwierdza, jak ważne jest wychowanie przez sztukę i jak kapitalnie dzięki niej integrują się ludzie w grupie.

JB: Pana galerię wypełniają  rysunki, szkice i  obrazy, ale nie brakuje tu również antyków i staroci. Czy to pańskie zbiory?

RD: Tak, ja po prostu nie umiem żyć bez otaczania się dziełami sztuki, stąd pewnie wzięła się moja pasja do antyków. Zbieram je, sprzedaję. Jeszcze w Polsce przekonał mnie do tego mój młodszy brat, kolekcjoner starych zegarów i lamp naftowych. Rynek staroci w Ameryce jest niezwykle bogaty, można tu znaleźć prawdziwe rarytasy. Proszę spojrzeć na tę drewnianą rzeźbę ludową Matki Boskiej. Kupiłem ją za 10 dolarów na pchlim targu z przeczuciem, że pochodzi z Polski. I nie myliłem się! Na jej spodzie widnieje idealnie zachowana papierowa metka informująca, że figurka pochodzi z krakowskiej Cepelii z 1974 roku.

JB: Za swoje działania na rzecz promowania polskiej kultury i sztuki wśród Polonii otrzymał Pan w 2014 roku Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej   Polskiej.  Jak   Pan   zareagował   na   tak   prestiżowe wyróżnienie, jakie ma dla Pana znaczenie i czy ta nagroda zmieniła coś w Pana życiu?

RD: Ten krzyż przyznany przez Prezydenta RP za „osiągnięcia artystyczne  i znaczący wkład pracy w promocję polskiej kultury w Stanach Zjednoczonych” był dla mnie przede wszystkim zaskoczeniem. To przecież grupa Polaków-bywalców moich salonów zainicjowała całą sprawę i przeprowadziła do szczęśliwego finału w wielkiej przede mną tajemnicy. Prezydenci Polski z okazji wrześniowych pobytów w Nowym Jorku na sesjach plenarnych ONZ wręczają w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku wysokie odznaczenia państwowe grupie zasłużonych Polonusów.  Tak więc na naszym polonijnym podwórku jest to prestiżowa, coroczna ceremonia, w której udział osobisty zostawia trwały ślad. A przy okazji… mówiąc trochę żartobliwie – na własnej skórze ćwiczy się znaczenie nagrody dla każdego człowieka, który z przypiętym do odświętnego stroju odznaczeniem może spojrzeć za siebie i dostrzec, że nie zmarnował szansy na zrobienie czegoś ważnego dla innych na zasadzie społecznej, pro publico bono…

JB: Oprócz działalności artystycznej, udziela się Pan również w szkolnictwie, jako polonijny nauczyciel. Jakie wyzwania stawia nauczycielom młode pokolenie Amerykanów polskiego pochodzenia? 

Myślę, że najważniejszym zadaniem, jakie stoi przed nami nauczycielami, jest znalezienie sposobu na utrzymanie motywacji do nauki języka polskiego wśród dzieci i młodzieży. Nasi uczniowie przez to, że żyją otoczeni przyjaciółmi, językiem i rzeczywistością amerykańską znajdują się na naturalnej ścieżce do wynarodowienia. Jest młodzież, dla której – dzięki domowi rodzinnemu – język polski ma duże znaczenie, i z tego trzeba się cieszyć, ale większość niestety nie czuje potrzeby mówienia po polsku. Jako nauczyciele chcielibyśmy, aby cała Polonia doceniła wartość dwujęzyczności, która jest ogromnym skarbem. Przed nami duże wyzwanie, co jest też pozytywne. Bo ja sam musiałem sięgnąć do różnych źródeł wiedzy i ja się sam jako nauczyciel zmieniłem. Zacząłem na przykład, czemu wcześniej byłem przeciwny, wykorzystywać telefony komórkowe na lekcji. Kiedy trzeba coś sprawdzić, odszukać pozwalam wtedy moim uczniom „googlować”. I wtedy lekcja nabiera innego charakteru. Przestaję w ten sposób być jedynym źródłem wiedzy, staję się kimś w rodzaju przewodnika  Właśnie dzięki takim metodom, w tym dzisiejszym natłoku informacji pomagam moim uczniom wyłuskać to, co najistotniejsze.

JB: Jak oceniłby Pan kondycję Polonii amerykańskiej? Czy Polacy czują potrzebę spotkań ze sztuką, z ludźmi kultury? Jaka jest ta Polonia i dokąd zmierza, zdaniem Pana uważnego obserwatora?

Polonia w USA czy w Europie – to ta sama grupa Polaków. Jesteśmy grupami, które zostały „przeflancowane” w inne miejsce, z naszymi wspólnymi wadami i zaletami. Pod względem naszych cech narodowych czy upodobań jesteśmy tacy sami, bez względu na miejsce, w jakim żyjemy. Polonia jest zróżnicowana i trudno generalizować. Wszystko zależy od tego, w jakim środowisku się obracamy i jakie mamy potrzeby. Jeśli ktoś chce znaleźć coś kulturalnego, ludzi z polotem, z fantazją, aktywnych społecznie to znajdzie.

A jeśli chodzi o młodych ludzi – oni są fajni. Potrafią się zaangażować, działać w grupie, co mam okazje obserwować, chociażby podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podoba mi się w tej polskiej młodzieży, którą tam widzę, ta chęć do wspólnego działania. Niestety, widuję również polską młodzież prymitywną, stroniąca od nauki, sztuki wyższego lotu, bez ambitniejszych zainteresowań kulturalnych itd., nadużywającą alkoholu, narkotyków… To smutny obraz polonijnego młodego pokolenia…

JB: Nieodłączna część Pana pracy to działalność charytatywna. Akcje, których jest Pan organizatorem oraz uczestnikiem, przynoszą wiele dobrego.

Organizatorzy akcji charytatywnych bardzo często odwiedzają artystów, u których dość łatwo uzyskują ich dzieła na licytacje.  Plastycy ofiarowują obrazy, grafiki, fotografie, rzeźby, muzycy dysponują własnymi płytami kompaktowymi itd. Również i ja przekazałem w ciągu swojej emigracji sporo prac na różne licytacje. Sam czy wspólnie z koleżankami i kolegami artystami zorganizowaliśmy niemało własnych aukcji charytatywnych. Od 2014 roku Druch Studio Gallery organizuje aukcję sztuki w ramach finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w sali „Ambassador” w Trenton, NJ. W ciągu ostatnich 5 lat „ugraliśmy” dla fundacji Jerzego Owsiaka kwotę… 6775 dolarów (kolejno: 975 $, 1740 $, 2100 $, 1960 $).  Natomiast gdyby zliczyć wszystkie wyniki finansowe aukcji charytatywnych zorganizowanych pod szyldem Druch Studio Gallery to według moich zapisków otrzymamy sumę… 18 285 dolarów!

1 grudnia 2017 roku w ramach 172. Polsko-Amerykańskiego Salonu Artystycznego w Pałacu Opolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Łosiowie pod Opolem uczestniczyłem w uroczystości przekazania władzom tego obiektu 68 moich darów w postaci rzeźb, płaskorzeźb, wyrobów rzemiosła artystycznego, ceramiki, w tym serii 14 moich obrazów akrylowych z cyklu „Amerykańskie motywy wiejskie”. Dary te przesyłałem do Łosiowa przez pięć a były dyrektor tej instytucji Henryk Zamojski oraz obecny jej dyrektor Jarosław Nosal wspólnie z kustosz Pałacu panią Moniką Szczypior wypełniali i zdobili nimi pałacowe wnętrza. W czasie pałacowego spotkania swoje wiersze amerykańskie czytał poeta Harry Duda, a gitarzysta klasyczny Tadeusz Pabisiak wykonał kilka utworów instrumentalnych. Tak więc mogę powiedzieć, że w moim życiorysie imigranta znalazło się  miejsce na… dzielenie się z innymi.

JB: Rozpoczął się nowy 2018 rok. Jakie są Pana artystyczne plany?

40-lecie mojego debiutu prasowego jako karykaturzysty planuję uczcić indywidualną wystawą jubileuszową rysunku satyrycznego w Druch Studio Gallery. Z pewnością kontynuował będę uczestnictwo w konkursach rysunku satyrycznego organizowanych przez Muzeum Karykatury w Warszawie, zważywszy, że w latach 2014-2017 zdobyłem w nich, II i III nagrodę oraz 6 wyróżnień honorowych. Mam nadzieję, że uda mi się wydać moją trzecią książkę, tym razem o tym, jak amerykański żołnierz Robert Stodnick nauczył się języka polskiego, odnalazł i odwiedził swoich krewnych w… Ostrowi Mazowieckiej. Chciałbym zorganizować również wystawę moich najnowszych obrazów akrylowych i olejnych. Czas najwyższy, by w moim studiu-galerii przygotować wieczór poezji polskiej z udziałem byłego aktora Teatru Hybrydy Tadeusza Turkowskiego, mojego kolegi z Kabaretu „Odlot”, który prowadzę od 20 lat. Plany, jak widać są – jeżeli zdrowie i kasa dopiszą – będą realizowane!

JB: I właśnie tego Panu życzę! Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

Rozmawiała: Justyna Bereza

Wywiad ukazał się wcześniej w Kurierze Plus.

Zdjęcia i rysunki pochodzą z archiwum “Druch Studio Gallery”

 

Notka biograficzna

RYSZARD DRUCH – urodzony w1952 roku w Chełmnie nad Wisłą. Nauczyciel historii, artysta plastyk oraz wieloletni instruktor opolskiego harcerstwa (ZHP). W 1991 r. wyemigrował do Ameryki. W 1997 r. założył autorski, polonijny kabaret „Odlot”, a od 2001r. organizuje tzw. „Salony Artystyczne” – spotkania z ludźmi kultury i sztuki. Prowadzi własną „Druch Studio Gallery” oraz „Akademię Sztuk Pięknych” czyli kursy rysunku i malarstwa. Udziela się  również w szkolnictwie polonijnym. Jest autorem dwóch książek: „Plastyczniak i plastusie” oraz „Salony na 44 krzesła”. Od 2014 r. jego „Druch Studio Gallery” wspiera finały WOŚP. Jest autorem wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i zagranicą. Dzięki swojej działalności pedagogicznej i artystycznej otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in.: The Polish Arts Club of Trenton, New Jersey Award, odznakę „Zasłużony Dla Województwa Opolskiego”, Medal Komisji Edukacji Narodowej oraz Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *