Bajeczki do poduszeczki

Author: admin

Drodzy Rodzice!

Zapewne wielu z Was spotkała kiedyś sytuacja kiedy Wasze dziecko prosiło o bajkę, a Wy nie mieliście wtedy pod ręką książki, aby ją razem przeczytać, bądź też nie potrafiliście „na zawołanie” przypomnieć sobie ani jednej ciekawej historyjki. Co zatem robić w takiej sytuacji?

Zaufać własnej wyobraźni i… improwizować. A potem zapisać tekst wymyślonej historii. Zaręczam, że rezultaty mogą Was zadziwić. Warto to zrobić choćby po to, aby móc wrócić do danego bohatera, którego polubiło Wasze dziecko i wymyślać inne sytuacje z jego udziałem. (W taki właśnie sposób powstało wielu ulubieńców mojej córki, choćby maleńki ludzik o imieniu Pałeczka.)
Jeżeli uda Wam się do takiej zabawy wciągnąć Wasze dziecko macie szanse rozwijać jego wyobraźnię w niemal każdym miejscu. A jeżeli uda Wam się jeszcze zachęcić pociechę do rysowania, możecie nawet zilustrować Waszą historyjkę. Z przyjemnością zamieścimy Wasze prace.
A jeżeli Wasze dziecko jest za małe, aby rysować, ale lubi opowiadane przez Was historie, które dla niego tworzycie, prześlijcie je nam również.
Dla ułatwienia podzieliliśmy nasz dział na dwie części. W „Poczytaj mi mamo” chcielibyśmy zamieszczać utwory dorosłych, a w „Czytam już sam” utwory dzieci.
Zamierzamy propagować w ten sposób czytanie. Wiele wartościowych dzieł dla dzieci napisali właśnie ich rodzice. Równocześnie wiele wspaniałych pomysłów mają słuchane przez nas dzieci.
Oczywiście nie muszą to być jedynie bajki. Mile widziane będą opowiadania, wiersze, wierszyki. Tematyka dowolna.
Przesyłając utwory dołączcie także informację w jakich okolicznościach one powstawały.

Zapraszamy serdecznie do współpracy!

Malwina Prus- Zielińska

Prace prosimy przesyłać na adres:
mali39@wp.pl.


CZYTAM JUŻ SAM!




BAJKA O SLONIU I BIEDRONCE – napisana przez Kimberly i Natalie

Był sobie słoń i była sobie biedronka.

On miał na imię Grzesiu, a ona Kasia.

Pewnego dnia Kasia przyleciała z lasu i usiadła na trąbie Grzesia.

Razem spacerowali.

Grzesiu polubił Kasię, bo była czerwona i lekka.

Kasia polubiła Grzesia, bo był wielki i nosił ją na trąbie.

W Boże Narodzenie Grzesiu pocałował Kasię.

- Czy zostaniesz moją żoną? –zapytał.

- Taaak! – ucieszyła się biedronka.

Wesele było huczne i 20 gości.

Przyszli albo przylecieli: mrówka, nosorożec, motyl, koń, pszczoła, żyrafa, komar, hipopotam, orzeł, koza, krokodyl, kot, owieczka, krowa, miś, sarenka, pies, lis, królik i wilk.

A latem urodziły się cztery piękne malutkie słonie w czarne kropki.

Wszyscy żyli długo i szczęśliwie.














Rys. Lark SudolBAJKA O SMOKU KOLCZASTYM – napisał Paweł Zajkowski, lat 9.



Sto lat temu żyło wiele ludzi w miasteczku o nazwie Stuiytreu. Żyli bez trosk i zawsze sobie pomagali. Pewnego dnia Jan, zwany przez wszystkich Mędrkiem, poszedł poszukać nowych gatunków roślin do swojej kolekcji. 900 metrów poza miastem zobaczył wielką jaskinię. Gdy podszedł bliżej, zobaczył, że z jaskini wystaje głowa smoka. Tak się przestraszył, że za minutę był już w miasteczku. Zacząl
krzyczeć:
- Ludzie! Ludzie! Smok mieszka zaraz za miastem!

Następnego dnia Jan poszedł do króla, żeby opowiedzieć mu o smoku. Król bardzo zmartwił się tą wiadomością.
- Trzeba wysłać najlepszych rycerzy, aby zabili smoka – powiedział.

Przez kilka dni rycerze atakowali smoka. Żaden z nich nie powrócił. Po kilku dniach król przestał wysyłać rycerzy, aby zabili smoka, bo wiedział, że nie mają szans go pokonać.

Pewnego dnia strzelec z wieży krzyknął:
- Królu! Sąsiednie miasto nas zaatakowało!

Król kazał łucznikom strzelać do rycerzy z ukrycia. Potem kazał konnym atakować armię nieprzyjaciela z lewej strony. Jego ostatni rozkaz był, aby jego armia piechurów zaatakowała armię wroga od środka i z prawej strony. Po kilku dniach armia z drugiego miasta wycofała się. Dzień później, armia wróciła z katapultami i większą ilością rycerzy.
Kiedy każdy myślał, że nieprzyjaciel zdobędzie zamek, wielki cień padł na armię wroga. Był to cień smoka! Smok za jednym zionieniem ognia z paszczy spalił armię.
Od tego czasu król już nigdy nie atakował smoka i został jego największym przyjacielem, a smok zawsze bronił mieszkańców przed niebezpieczeństwem.



POCZYTAJ MI MAMO



O JASKÓŁCE CO SIĘ SŁOŃCA NIE BAŁA
Była sobie mała ciekawska jaskółka. Rodzice mieli z nią sporo kłopotu, ale bardzo ją kochali.

Pewnego razu wszędobylski ptaszek podsłuchał rozmowę polnej myszy z kretem, z której wynikało, że świecące wysoko na niebie słońce chce spalić całą okolicę.

Małej jaskółce wystarczyło to co usłyszała. Bardzo się przestraszyła i szybko wróciła do domu. Od tamtej pory rzadko opuszczała swoje gniazdko w obawie, że pod jej nieobecność słońce może je spalić.

Zaczęła też fruwać w wielkim słomianym kapeluszu. Śmiesznie to wyglądało, zupełnie jakby kapelusz sam szybował po niebie.
Słonko widziało to wszystko i choć nie raz chciało już zapytać maleńkiego ptaszka co też on wyprawia, nie znalazło w sobie jednak dość odwagi, aby to uczynić. Słoneczko było bowiem bardzo, bardzo nieśmiałe i, o czym nikt nie wiedział, jeszcze bardziej samotne.
Patrzyło z góry na wszystko i widziało rodziny zwierząt, ludzi, a nawet roślin. Wszyscy kogoś mieli, dzielili się sekretami, rozmawiali. Tylko ono było samo.

Mała jaskółka wydawała mu się bardzo wesoła, aż do chwili, kiedy zaczęła fruwać w ogromnym kapeluszu.
- Może jej on przeszkadza? – myślało słońce. – Stała się taka smutna.

Aż nadszedł pewien ciepły poranek. Mała jaskółka akurat wylatywała ze swojego gniazdka, aby chorej mamie przynieść na śniadanie parę muszek, gdy niespodziewanie na jej drodze pojawiła się wrona. Zderzenie było nieuniknione.
Wrona machnęła tylko parę razy czarnymi skrzydłami i w mig odzyskała równowagę, jednak mała jaskółeczka ogłuszona spadała w dół. Zginęłaby niechybnie, gdyby nie fakt, że kapelusz spadł tuż przed nią. Ogromnym szczęściem ptaszek wpadł wprost do niego, zupełnie jak do kołyski.
Niestety, w plątaninie korzeni nikt nie mógł jej znaleźć. A szukali jej wszyscy. I mama i tata, i babcia, dziadek, ciocia, wujek, a nawet całe mnóstwo kuzynów. Na nic.
Tylko słonko wiedziało gdzie jest, ale nie miało odwagi się odezwać.

Ptaszyna długo leżała nieprzytomna. Kiedy słońce kończyło swoją pracę i na niebo wzeszedł księżyc, jaskółka obudziła się. Tak bardzo chciała zawołać, że jest tutaj, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nie mogła też się poruszyć. Bardzo bolało ją skrzydełko, a każdy nawet najmniejszy ruch sprawiał jej ból. Było jej także przeraźliwie zimno.
Tymczasem spracowane słońce kładąc się spać szepnęło:
- jeżeli do rana nikt jej nie odnajdzie, ja jej pomogę! – I uspokojone chciało zasnąć, na nic się to jednak zdało. Mimo całego spracowania nie mogło zasnąć nawet na moment. Odczekało zatem do północy i ruszyło do pracy.

Księżyc właśnie zamierzał uciąć sobie drzemkę na najwyższej topoli przykryty obłokiem, kiedy spostrzegł, że zmierza ku niemu słońce. Wiedział, że musiało stać się coś ważnego, więc tylko uścisnął koledze dłoń i już go nie było.
Mała jaskółka spała drżąc z zimna. Słoneczko utkało jej więc kołderkę ze swoich promieni i szybko okryło nią ptaszka. A potem połaskotało go w dzióbek.
Zziębnięta jaskółka otworzyła oczy
- Dlaczego mnie budzisz? – zapytała, a po chwili dodała – jak mi ciepło, jak miło.
Słońce zapytało:
- czy chcesz, abym powiadomiło o tym gdzie jesteś twoich rodziców?
- Tak! Proszę! – wyraźnie ożywił się ptaszek. – Ale skąd będziesz wiedział, którzy to?
- Nic się nie martw. Dam sobie radę.
- Dziękuję – szepnęła jaskółeczka i ponownie zasnęła.
Słońce szybko wzeszło na niebo. Bacznie się rozglądając już po chwili dostrzegło dwa małe, czarne ptaszki wyraźnie czegoś szukające. Zawołało więc;
- Hop, hop.
Ptaszki obejrzały się, ale nie podleciały do niego.
- Hop, hoooop! – powtórzyło więc słoneczko.
- Czy coś się stało? – nadeszła po chwili odpowiedź od strony większego z ptaków.
- Wiem, gdzie jest państwa córka. Mogę pokazać.
- Tak! Bardzo prosimy. Czy możemy lecieć od razu?

Mała jaskółeczka wciąż spała, kiedy nadlecieli jej rodzice. Nie budząc jej złapali po obu stronach ronda kapelusza i zabrali ją ze sobą do domu.
Po dwóch tygodniach po złamanym skrzydełku nie było nawet śladu. A mały ptaszek bardzo zaprzyjaźnił się ze słoneczkiem.
Co stało się zaś z kapeluszem? Został na drzewie. Kiedy następnej wiosny jaskółka wróciła z ciepłych krajów, stał się on jej gniazdem, w którym po niedługim czasie pojawiły się małe ciekawskie ptaszki, o czarnych jak smoła, bystrych oczkach, zupełnie jak u ich mamy.

Historyjka powstała na skutek kilkudniowego zafascynowania mojej 3- letniej córki postacią jaskółki z bajki o Calineczce. Ponieważ nigdzie nie natrafiłyśmy na jakąkolwiek książkę z przygodami jaskółki, wymyśliłam swoją własną. Od tej chwili nasza mała jaskółeczka przeżyła już wiele przygód.

Malwina Prus-Zielinska

WESOŁE JAGÓDKI

Wicuś był bardzo niegrzecznym chłopcem. Lubił dokuczać innym i stroić sobie z nich żarty. Były to psoty, które śmieszyły tylko jego samego, u innych wywoływały nierzadko łzy bezradności.

Pewnego razu Wicuś poprosił mamę o miseczkę wody. Po cichu poszedł z nią do pokoju, wyjął z szafy farby i białą zabarwił wodę w taki sposób, że do złudzenia przypominała mleko. Po chwili wybiegł na dwór i przywołał swojego pieska Azora. Było bardzo ciepło więc pies rzucił się do picia, a widząc swoje ulubione mleko wesoło merdał ogonem zadowolony. Ale co to? To nie jest przecież mleko. Płyn był bardzo niesmaczny. Pies zaczął prychać i parskać próbując pozbyć się nieprzyjemnego smaku w pysku. Nie było to łatwe. A Wicuś śmiał się do rozpuku.

Innym razem chłopak wyjął wszystkie zeszyty i książki z tornistra swojej młodszej siostry. W ich miejsce napakował kamieni. Dziewczynka bardzo się zmęczyła w drodze do szkoły. Nie wiedziała dlaczego jej plecak jest taki ciężki.
- To pewnie dlatego, że nie zjadłam dzisiaj rano całego śniadania – myślała.

Dopiero na miejscu okazało się, że zamiast książek i zeszytów przyniosła do szkoły kamienie.
Jakże płakała mała siostrzyczka, kiedy prawda wyszła na jaw. A Wicuś, jak myślicie? Śmiał się tak, że niemal się z tego śmiechu popłakał.

Jeszcze innym razem chłopak podpatrzył, że w pobliżu jego domu na niewysokiej lipie w domku lęgowym buduje sobie gniazdko rodzina szpaków. Wdrapał się więc na to drzewo i poczekawszy aż pan i pani szpakowa opuszczą swój dom, zatkał wejście kamieniem. Kiedy ptaki powróciły nie mogły dostać się do swojego domu! Kamień był duży, a one zbyt małe, aby móc go usunąć. Oczywiście Wicuś śmiał się na całego.

Aż przyszedł w końcu dzień wakacji. Wcześnie rano Wicuś wziął z kuchennej półki kubek i poszedł do lasu na jagody. Wchodząc do lasu narobił takiego hałasu, że przepłoszył mnóstwo zwierzątek. Uciekał na pół obudzony czarny jelonek, uciekały zajączki, a nawet stary borsuk.
Chłopiec niemal od razu znalazł jagodowy krzaczek. Do kubeczka wrzucił ledwie trzy jagody, do jego brzucha trafiło ich jednak znacznie więcej. Tyle, że po kwadransie chrapał pogrążony w głębokim śnie.

Nie wiedział jednak, że na tym krzaczku mieszkają Wesołe Jagódki. I, że trafił w końcu swój na swego. Jagódki doskonale wiedziały z kim mają do czynienia. Nie raz słyszały jak żaliły się na chłopca leśnie zwierzęta. Zresztą słyszały też jaki hałas czynił wchodząc dziś rano do lasu.
Kiedy więc spał wymalowały mu na twarzy jagodowym sokiem długie wąsy, które kończyły się na policzkach ogromnymi zawijasami, a także po trzy wielkie piegi, krzaczaste brwi i śmieszną brodę.
Wyspawszy się chłopak narwał ledwie pół kubka jagód, ponieważ więcej mu się nie chciało i pomaszerował do domu. Wydawało mu się, że po drodze, kiedy mijał sąsiadów, ci dziwnie uśmiechali się pod nosem. Obejrzał się jednak od stóp po szyję i niczego nie podejrzewając, ruszył dalej.

Kiedy dotarł do domu, bawiąca się przed domem siostra zawołała przerażona:
- Co ci się stało?!
Ale już po chwili śmiała się uradowana klaszcząc przy tym w dłonie z uciechy.

Wicuś podbiegł do lustra. Kiedy zobaczył swoje odbicie poczerwieniał ze złości. Chwycił za mydło i sługo próbował zmyć z twarzy zabawne malunki. Na próżno. Opuściwszy więc łazienkę bardziej jeszcze czerwony ze wstydu i złości, pomaszerował na obiad.

W kuchni nie było jeszcze nikogo. Na stole stały już jednak przygotowane talerze z zupą. Wicuś wpadł na pomysł, w jaki sposób odwdzięczy się siostrze za salwę śmiechu, jakim go uraczyła przed chwilą.
- Mam przecież w kieszeni kamień. Zaraz go wrzucę do jej zupy.
Jak pomyślał, tak zrobił. Czekało go jednak zdziwienie. Zamiast kamienia w kieszenie znalazł bowiem jagódki, które tym razem poplamiły mu dłoń. Tak więc teraz miał nie tylko poplamioną twarz, ale i rękę.

Rozłoszczony chłopak usiadł więc na krześle, nie zauważywszy, że kilka jagódek wypadło mu z kieszeni przy próbie wyjęcia kamienia. Kiedy więc usiadał, poczuł, że spodnie ma mokre. Zgniótł bowiem jagódki, które upadły na krzesło. Miał teraz także dodatkowo plamę na spodniach. Mama na pewno nie będzie zadowolona.
Tydzień trwało nim chłopiec wyszedł z domu po raz kolejny. Był to już jednak inny Wicuś. Zrozumiał bowiem jak to jest, kiedy ktoś się z niego śmieje.

Tak oto Wesołe Jagódki nauczyły chłopca rozumu.

Malwina Prus-Zielińska