Lidia Russell
No Comments

Bądź kapitanem swojej duszy / Be the Captain of Your Soul

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page
18575250_10213228778661193_2050221661_o

Danuta Borchardt

( Scroll down for an English version of the interview)

Rozmowa z Danutą Borchardt, nagradzaną tłumaczką Gombrowicza i Norwida na j. angielski, córką polskiego pisarza i marynarza Karola Olgierda Borchardta. / 

An interview with Danuta Borchardt noted English translator of Gombrowicz and Norwid. She is also the daughter of a Polish writer and sailor Karol Olgierd Borchard.

 

Lidia Russell: Jest Pani córką polskiego kapitana żeglugi wielkiej, pisarza i wychowawcy, oraz polskiej pilotki samolotu i malarki. Czy czuła Pani, że Pani rodzinny dom jest wyjątkowy? 

Danuta Borchardt: Jako dziecko, tak, oczywiście. Potem również na pewno, jako nastolatka, ale kiedy pytano mnie: „Twoja mama lata, twój tato żegluje, a ty kim chcesz zostać?”, odpowiadałam: „Chcę prowadzić dom”! (śmiech) Mieszkam w Gloucester, to portowa miejscowość, ale tak naprawdę jestem miłośniczką lądów. Uwielbiam wieś.

Zabrała się Pani za tłumaczenie polskiej literatury już jako osoba zawodowo spełniona. Nie było to z potrzeby osiągnięć zawodowych; nie było to nawet w ogóle związane z Pani ścieżką kariery czy profesją. Zrobiła to Pani po wieloletniej praktyce w zawodzie psychiatry, na emeryturze. Dlaczego?

DB: Najpierw było zainteresowanie pisaniem. Już jako młoda dziewczyna chciałam zostać pisarką, ale warunki były takie, że nawet idealiści musieli wybierać zawód praktyczny. Kiedy jednak zbliżałam się do końca kariery, jakieś trzydzieści pięć lat później, stała się rzecz ciekawa – pisanie po prostu do mnie przyszło. Po angielsku. Zaczęłam od krótkich surrealistycznych opowiadań… kilka opublikowano. A potem któregoś dnia czytałam “Kosmos” Gombrowicza, siedząc w moim domu w Gloucester, i pomyślałam nagle, jak pięknie by brzmiał po angielsku. I zaczęłam tłumaczyć. Wysłałam kilka stron, może nawet rozdział, profesorowi Barańczakowi, który w tym czasie pracował na Harvardzie, a on w odpowiedzi przysłał mi list z pytaniem: „Czy mogę wykorzystać to na zajęciach ze studentami?”. Pomyślałam „Oh, a jakże!”. Nieco później dostałam list od Timothy’ego Gartona Asha, brytyjskiego dziennikarza, którego żona była Polką i który interesował się wydarzeniami w Polsce w okresie „Solidarności”, a w tym czasie przebywał w Oksfordzie. Napisał, że Barańczak zarekomendował mu mnie jako tłumacza i zapytał, czy przetłumaczę „Ferdydurke”?

A Pani pamiętała, jakim wyzwaniem była lektura tej powieści…

DB: Tak, czytałam ją lata wcześniej, więc pomyślałam “O, nie, nigdy tego nie zrobię!”, ale kiedy pyta redaktor… Wymieniliśmy zatem kilka listów. I na koniec całej tej korespondencji usłyszałam: „Cóż, to nie twoja wina, ale Gombrowicz jest nieprzetłumaczalny. Przykro mi”. Barańczak nie zgodził się z tym i wysłał mnie do redaktora Jonatana Brenta, który właśnie przeniósł się do Yale i opublikował po angielsku „Dziennik”. Barańczak polecił mi się z nim skontaktować i od tego momentu już poszło. A potem, gdy skończyłam tłumaczenie „Ferdydurke”, wróciłam do „Kosmosu”. Moją pierwszą miłością było jednak pisanie. Jutro mam warsztaty, na których prezentujemy w grupie swoją fikcję literacką. Taka jest zatem historia mojego początku jako tłumacza.

Gombrowicz powiedział, że tłumacz powinien być artystą. Znany polski tłumacz literatury amerykańskiej Jerzy Jarniewicz porównał języki do instrumentów muzycznych. Powiedział, że można zagrać ten sam utwór na fortepianie i na wiolonczeli, ale będzie to zupełnie inna muzyka. Spodobała mi się ta metafora i chciałabym, żeby Pani się jakoś do niej odniosła, ale przeczytałam też bardzo ładną Pani metaforę – o przewożeniu pasażerów przez rzekę. Rozumiem, że rzeka to różne języki, a tłumacz stara się przenieść na drugi brzeg sens czy znaczenie, ale czasem ten sens i znaczenie są nierozerwalnie z językiem związane. Nie można ich osiągnąć bez tego kokretnego języka, prawda? Wydaje mi się, że i w przypadku Gombrowicza, i w przypadku Norwida, którego również Pani tłumaczyła – są w tej literaturze wartości naddane, które tworzy język. 

DB: Bardzo ważne jest, żeby usłyszeć tę muzykę. Różne języki nie tylko inaczej brzmią, bo się różnią, ale mają także swoją kadencję. Kiedy już się do tego dojdzie, robi się naprawdę trudno. Na przykład, podczas wojny spędziłam trochę czasu w Szwecji i pamiętam (tu pada kilka zdań w płynnym szwedzkim), a po angielsku to zupełnie inna muzyka, bardziej zakreślająca koło. Nie przypomina skrzypiec, ale wiolonczelę, podczas gdy szwedzki to bardziej muzyka symfoniczna. Jak wiesz, nie tłumaczymy wszystkiego dokładnie, chociaż przez jakiś czas miałam z tym problem, bo jedna z wspaniałych tutejszych tłumaczek, Susan Bernofsky, która tłumaczy z niemieckiego, i parę innych osób, mówiła o dokładności: „Dosłowne albo bardzo dokładne tłumaczenia są okropne, zapomnij o nich”. A ja tłumaczyłam „Ferdydurke” prawie słowo w słowo. Nie mogłam w to uwierzyć. Miało to dobrze brzmieć po angielsku, ale musiałam też wiernie oddać… całą tę dziwność pisania Gombrowicza. Konsultowałam się tu z moim drugim mężem, bo potrzebowałam native speakera, który powiedziałby mi, tak jak on: „Po angielsku tak nie mówimy”. Czasem dlatego, że mieszałam brytyjski angielski z amerykańskim. Czasem jednak musiałam po prostu stwierdzić, że po polsku też tak nie mówimy, to czysty Gombrowicz!

Musiał więc być twórczy?

DB: Mąż kochał Gombrowicza – na tyle, na ile mógł go poznać. Nie znał języka polskiego poza “No to co? No to nic”, ale uchwycił idee, styl Gombrowicza i jego humor i naprawdę go pokochał, tę muzykę.

Jerzy Jarniewicz wspomina, że zwykle najpierw robi sobie bardzo surowy przekład, dosłowny, a dopiero potem nad nim pracuje.

DB: Tak. Ale z Gombrowiczem tak jest, że jeśli tłumaczyć go dosłownie, to brzmi zabawnie.

Inna rzecz, którą powiedział Gombrowicz: żeby być artystą, musisz mieć poczucie humoru. Kiedy tłumaczę teraz książkę mojego ojca („Znaczy kapitan” – przyp. LR), wiem już, co miała na myśli Susan Bernofsky i pozostali. Nie mogę tłumaczyć słowo w słowo. To piękna proza, ale nie beletrystyka. Rozumiem teraz, o co im chodziło, ponieważ jeśli mówię dokładnie to, co powiedział mój ojciec, brzmi to okropnie. Tak więc bez zmieniania znaczenia i piękna tej prozy…

…musiała Pani w pewnym sensie stworzyć inny styl?

 DB: Musiałam odejść od dokładności. Muszę być dokładna w kwestii faktów i tego, co się przekazuje, oczywiście, ale polski jest bardzo zawiłym językiem. Wiesz, długie słowa, ominięte czasowniki i tak dalej. Muszę to upraszczać. Angielski jest taki prosty i logiczny. Kocham ten język, bo wspaniale nadaje się do mówienia i pisania; wiadomo dokładnie, co zostało wcześniej powiedziane i można się tym bawić. Angielski jest językiem o ustalonych regułach, w pewnym sensie niezmiennym, podczas gdy polski niekoniecznie taki jest.

Czy znała Pani wcześniejsze przekłady Gombrowicza na język angielski i czy może Pani powiedzieć, gdzie one się pogubiły i dlaczego?

DB: Cóż, to był główny powód, dla którego musiałam przetłumaczyć Gombrowicza na nowo. To były przekłady z języków innych niż polski i były tam opuszczone fragmenty, niedokładności, rzeczy źle zrozumiane. Pominięto na przykład zakończenie „Ferdydurke”: “Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba” – musiałam je więc wstawić. Przetłumaczenie Gombrowicza z innych języków to zadanie po prostu niemożliwe. Dziś tłumacze są bardziej skrupulatni.

Jerzy Jarniewicz powiedział, że nad niektórymi przekładami pracował dwa lata i że tak powinno być. A Pani jak długo pracowała nad „Ferdydurke”?

DB: Siedem. Nie bez przerwy, bo wyjeżdżaliśmy z mężem w międzyczasie, ale może włączając te dwa lata pracy dla Timothy Gartona Asha. Następny był „Kosmos”, którego tłumaczenie trwało dwa lata. „Pornografię” tłumaczyłam najprawdopodobniej dwa czy trzy lata. Miałam już pewną wprawę, jeśli chodzi o Gombrowicza i nie były to książki tak zwariowane, jak „Ferdydurke”. A potem był „Trans-Atlantyk”. Przerwij mi, jeśli znasz tę historię, ale dwóm angielskim tłumaczkom przetłumaczenie „Trans-Atlantyku” zajęło siedemnaście lat. Ja zrobiłam to w trzy.

Była już Pani specjalistką.

Dobrze się przy tym bawiłam. Musiałam nauczyć się starszych form angielskiego, musiałam przeczytać Jonathana Swifta i inne dawne powieści. Akurat skończyłam wtedy czytać „Moby Dicka” i pomyślałam sobie, że to był dobry język. Stworzyłam więc mieszankę starych i nowych języków, włączając w to język współczesny, bo Gombrowicz też nie ograniczał się do jednego języka. Mieszał kody. Jego język i mój własny były bardzo podobne.

Pani język jako pisarki?

Tak, jako pisarki. Zawartość mojej prozy po angielsku jest do pewnego stopnia surrealna, a język trochę dziwaczny, ale ludzie zaakceptowali tę jego dziwność.

Jako formę?

DB: Tak, jako rodzaj idiosynkrazji. Była to więc jeszcze jedna rzecz, która zbliżyła mnie do sztuki Gombrowicza. Poza moją tęsknotą za Polską. To była moja polskość usatysfakcjonowana.

Tumaczyła Pani Gombrowicza i Norwida, dwóch genialnych polskich autorów. Pamiętam, że jako studentka zachwycałam się „Kosmosem”, który był metafizyczny i refleksyjny, co bardzo mi odpowiadało. Norwid to była z kolei niezwykła precyzja i mądrość oraz odmienność. W Polsce obaj uznawani są za autorów wyjątkowych, ale też kontrowersyjnych, czasem nawet „wyklętych” i trudnych, także językowo. Idiosynkratycznych czy transgresyjnych, wychodzących poza uznane formy czy bawiących się formą. Niepopularnych w związku z tym. 

DB: Tak, to nie są bestsellery. (śmiech).

Czy ze względu na decyzję – a może to los zadecydował – o tłumaczeniu tak trudnych autorów musiała się też Pani stać do pewnego stopnia literaturoznawcą?

DB: Do pewnego stopnia. Jako młoda dziewczyna, w Londynie, w trakcie wojny i po, czytałam polskich pisarzy i poetów, więc nie było mi to obce. Nie jestem pewna, czy był wśród nich Norwid, ale myśl, że mogłabym go przetłumaczyć, przyszła do mnie w trakcie pracy nad tłumaczeniem Gombrowicza. Uderzyło mnie, jaki jest niezwykły intelektualnie i w sposobie pisania i pomyślałam, że muszę go przestudiować. Nie lubię współczesnej poezji, nie przemawia do mnie. Zatrzymałam się na T.S. Elliocie, ale Norwid… on był współczesny, jego poezja ma tak wiele współczesnych cech. W składni, w tym, jak wygląda na stronie. Intelektualnie jest tak wymagająca wobec tłumacza. Zakochałam się w niej. Norwid miał już czterdzieści tłumaczeń na angielski.

Czytałam trochę na temat Pani współpracy z Agatą Brajerską-Mazur z KUL-u.

DB: Tak, tak się złożyło, że ona jest specjalistką od tłumaczeń Norwida na angielski, a ja ją jakoś znalazłam. Znowu okazało się, że jestem bardziej dokładna przy tłumaczeniu Norwida niż inni. Adam Czerniawski jest dobrym tłumaczem, ale także poetą, więc on Norwida poetyzuje. Znowu musiałam być więc blisko tekstu. Pokochałam też rymowanie po angielsku, ale musiałam być ostrożna i Agata pomagała mi w tym, żebym nie tworzyła po angielsku „rymów częstochowskich” czy czegoś w tym rodzaju. Ona zorientowała się, że zadałam sobie trud przyjrzenia się pochodzeniu Norwida, jego czasom, tłu kulturowemu i tak dalej. Są na KUL-u literaturoznawcy, którzy interpretują Norwida i próbowałam czytać na jego temat tak wiele, jak to było możliwe. Jedna z książek, autorstwa profesora Sawickiego z KUL-u, była bardzo rzadką publikacją. Szukając jej, zadzwoniłam do międzynarodowej księgarni tu w Cambridge, Schoenhof’s Foreign Books. Odpowiedzieli, że niestety nie mają tej książki i nie mogą jej zdobyć, ale żebym spróbowała w Wiedniu… (śmiech) W Wiedniu jest podobna księgarnia. Skontaktowałam się więc z jej właścicielem i książkę mi przesłano! A wracając do Twojego pytania – tak, prowadziłam studia. Jeśli chodzi o Gombrowicza, nie uważam się za jego znawczynię i interpretatorkę.

Była to bardziej relacja pomiędzy dwojgiem pisarzy? 

DB: Tak. Oczywiście musiałam poznać czasy Gombrowicza, zwłaszcza w przypadku „Trans-Atlantyku”; to, przez co przeszedł za sprawą wojny i jakie są tego echa w książce. To, co było zabawne i ciemną stronę, cienie wojny… a to było też częścią mojego doświadczenia.

Obaj i Gombrowicz i Norwid są w pewnym sensie arcypolscy… taką polskością wzniesioną ponad polskość. Metapolscy. Potrafią spojrzeć na Polskę z zewnątrz. Ciekawi mnie ta część wspólna pomiędzy ich zagranicznym życiem a Pani. Czy są też podobieństwa spojrzenia? Czy miała Pani problem z jakimiś polskimi wątkami w ich twórczości?

DB: Nie miałam żadnego problemu. Sama też jestem outsiderem, na wygnaniu. Czuję wspólnotę z tym spojrzeniem na świat z zewnątrz. Gombrowicz był bardzo kosmopolityczny, a Norwid podróżował po całej Europie. Dla obu człowiek był kimś więcej niż Polakiem, kimś o bardziej uniwersalnym charakterze.

„Polak” nie jest prawdopodobnie pierwszą kategorią, której by użyli, opisując samych siebie, ale tak się złożyło, że opisywali bardzo polską kondycję.

DB: Oczywiście, ale naprawdę uderzyło mnie to, co Norwid napisał o okropnych krzywdach, które Francuzi i Anglicy wyrządzili Chinom. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałam. Może to emocjonalne i nie wiem, jak naprawdę Norwid czuł się, jeśli chodzi o bycie Polakiem, ale ja zawsze czułam związek z Polską. Kiedy uciekłyśmy z mamą przed Sowietami i mieszkałyśmy w Sztokholmie i w Anglii, bardzo tęskniłam za krajem. Chciałam wrócić. Moi kuzyni walczyli w Powstaniu Warszawskim. W końcu mama miała już dość słuchania, jak bardzo chcę wracać do Polski i odpowiedziała: “Jedź!” – i taki był koniec. Byłam w Polsce wiele razy w ciągu ostatnich lat i wiem, że jest to już inny kraj. Nie wydaje mi się, że chciałabym się tam osiedlić, ale kto wie, gdybym nie miała tu moich synów, może bym wróciła. Wiesz, kiedy jadę do Polski, to wiem dokładnie, jaki jest kod kulturowy; wiem, co należy zrobić i czego nie należy.

Pokontynuuję jeszcze ten wątek polskości. Obaj, i Gombrowicz i Norwid byli wobec niej trochę krytyczni. Dostrzegali powierzchowność pewnych zachowań czy rytuałów. Natknęłam się też na taki kapitalny fragment z książki Pani ojca, o Konstytucji 3 Maja: „Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był na przykład taki fragment przemówienia: >Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jedną wzięli Germańcy, drugą – Awstryjcy, a trzecią – my!< Fragment innego brzmiał: >Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowy, a tereny jej zachwycone wojną<”. Fantastyczny fragment o tłumaczeniu i komizmie pewnych polskich rytuałów i tego, co się za nimi kryje, zwłaszcza gdy celebrują je emigranci czy też ludzie, którzy są znacznie bardziej wielokulturowi niż im się wydaje. Polska ma te tradycje wielokulturowości i tego trochę komicznego patriotyzmu. Dla Gombrowicza było to też bardzo widoczne na emigracji i chciałam spytać, czy Pani też to spojrzenie jest bliskie.

DB: Chodzi o tę komiczność?

Tak, wydaje mi się, że nasza polskość… jest podszyta pewnym komizmem. 

DB: Ja się mniej spotkałam z tym komizmem zagranicą. Uderzyło mnie to dopiero u Gombrowicza. Co mnie tutaj uderzyło, w Stanach, to że człowiek, który przyjechał tu dawno temu i tutaj stał się bardzo bogaty, chciał wydać nawet milion dolarów na to, żeby… zwalczać dowcipy o Polakach. (śmiech). Wydawać pieniądze na taką głupią sprawę! Mnie się wydaje, że Polacy nie potrafią się z siebie śmiać. Brak im poczucia humoru.

W Anglii było bardzo ciekawe środowisko, bo tam uciekinierami było wielu twórców, pisarzy. Odbywały się wieczory literackie, szczególnie po wojnie. W Ameryce są dwa środowiska – jedno, czy w Chicago, czy tutaj, w Bostonie, to dawniejsza emigracja, spowodowana warunkami ekonomicznymi, owi „fani kiełbasy”; drugie, tu i w Nowym Jorku – emigracja bardziej intelektualna, związana z Solidarnością, Stanisław Barańczak i jemu pokrewne kręgi.

Na emigracji można spotkać bardzo różnych ludzi, ale zgodnie z moim  doświadczeniem jest też tak, że każda emigracja próbuje odtworzyć tu Polskę, z której przyjechała. 

DB: Tak, próbują budować replikę.

Chciałabym teraz zapytać o Pani czas w Krakowie, parę lat temu.

DB: Tak, to była część nagrody “Odnalezione w tłumaczeniu”, ufundowanej przez Polski Instytut Kulturalny w Nowym Jorku i w Londynie i Wydawnictwo W.A.B. z Warszawy. Trzymiesięczny pobyt w Krakowie. Wynajęto mi mieszkanie na Kazimierzu, znasz Kazimierz? Tak, no więc mieszkałam tam na ulicy Bożego Ciała i w tym czasie tłumaczyłam „Kosmos” i Norwida. Miałam ogromne problemy z komputerem. Byłam w Polsce wcześniej, w 1968 roku, to był straszny rok. Potem znowu odwiedziłam mojego ojca… doświadczyłam więc różnych stadiów Polski. W tamtym czasie w Krakowie, przy ulicy Bożego Ciała był bar z muzyką, a na bocznej ścianie budynku widniał szyld “piwo koszerne”. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że  Żydzi mieli kiedyś piwo koszerne, musiał to być napis sprzed wojny.

Wcześniej, w czasie komuny, uderzyło mnie, jak źle mnie w Polsce traktowano. Ponieważ bardzo dobrze mówię po polsku, ludzie nie identyfikowali mnie jako obcokrajowca i nie traktowali mnie uprzejmie. Kiedy chciałam coś kupić, słyszałam „Nie ma!”. Mojego syna, który słabo mówi po polsku, traktowano jak księcia. Później chodziłam w Krakowie do teatru, grano tu Becketta. Jedzenie też było wspaniałe. Po upadku komuny, widziałam całą tę zmianę, od nędzy i ludzi, którzy wyglądali na wygłodzonych, do dobrze prosperującego ekonomicznie kraju z uprzejmymi ludźmi… to był czas, kiedy ta młoda kobieta napisała “Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną”…

Dorota Masłowska.

DB: Tak, pokochałam jej pierwszą książkę. Tę mieszankę wszystkich powiedzeń z dawnych czasów i nowych czasów. Była zabawna. W tym czasie Masłowska była w Krakowie, bo pokazywano tam jej sztukę, „Pawia królowej”.

I spotkała się Pani z nią?

DB: Nie, bo byłam nieśmiała (śmiech).

Masłowska mieszkała na Pradze w czasach, kiedy też mieszkałam w Warszawie. Była to jedyna dzielnica niezniszczona podczas Powstania Warszawskiego; dzielnica biedoty, wielu ludzi bez pracy, w podwórkach obskurnych kamienic były kapliczki, bardzo dobrze zachowane i otaczane opieką. Zaczęli się tam wtedy osiedlać artyści. 

DB: Tak, to tam czekali Sowieci podczas Powstania Warszawskiego, prawda? Poznałam kilkoro młodych polskich autorów podczas innych sesji w Polsce. Była też taka sesja poświęcona Gombrowiczowi we Wsoli, niedaleko Radomia, w 2011 roku, pod nazwą „Panel Gombrowiczowski”. Miała tytuł „Jak tłumaczyć wielkich pisarzy?”. Uczestniczyła w niej też Rita Gombrowicz… odbywało się to w dworku, który należał do rodziny Gombrowiczów.

Należy Pani poniekąd nie tylko do dwóch kultur – polskiej i amerykańskiej. Urodziła się Pani w Polsce, na terenach dzisiejszej Litwy, mieszkała w Anglii i Szwecji, studiowała w Irlandii, by osiąść w Massachusetts, USA. Czy wpłynęło to na Pani pracę jako tłumacza?

DB: Tak naprawdę mówimy chyba o kulturze Zachodu. Pomiędzy Szwecją, Anglią i Irlandią istnieją pewne podobieństwa. Jeśli chodzi o język… tak, mam pewne zdolności językowe. Jako pięciolatka pływałam z ojcem po krajach śródziemnomorskich i raz, na przykład, zostawił mnie z mamą na chwilę niedaleko Aten. Bawiłam się więc z lokalnymi dziećmi i „podłapywałam” różne zwroty z ich języka. Podobnie było we Włoszech i nie było to żadne osiągnięcie, to się działo samo.

Ludzie pytają o moje kwalifikacje jako tłumacza, a ja odpowiadam: „Moja wiedza i miłość do języka polskiego i angielskiego.” W języku angielskim fascynuje mnie, na przykład, jego logika.

Tak, czytałam niedawno wywiad z Jerzym Jarniewiczem, w którym on również mówił o pięknej logice tego języka. 

DB: Z Jerzym spotkaliśmy się kilka razy, podobały mu się moje tłumaczenia. Krytykował wcześniejsze tłumaczenia Gombrowicza. Był również bardzo pomocny, jeśli chodzi o moją pracę. To kolejna kwestia – nie pracuję sama. Pomaga mi moja rodzina, przyjaciele, Thom, mój mąż. Nie wstydzę się prosić o pomoc i kiedy ją otrzymuję, podaję informację o osobach, z którymi współpracuję; oddaję sprawiedliwość ludziom, którzy mi pomogli.

A jak Pani wiedza i praktyka psychiatryczna przekładają się na kontakt z literaturą? Czy buduje sobie Pani, na przykład, psychologiczny portret autora, nad przekładem którego Pani pracuje?

DB: Absolutnie nie, to są rzeczy osobne. Wiem, że Gombrowicz, na przykład, był trudnym człowiekiem, ale mnie interesuje artysta. A kiedy pisałam moje opowiadania, to również nie używałam świadomie swojej wiedzy psychiatrycznej i nigdy nie pisałam o moich pacjentach. Lubiłam pracę z ludźmi, pomaganie im, ale to się skończyło i nie wracam do tego.

Na pewno dzięki praktyce pogłębiła Pani swoją wiedzę o człowieku, a to mogło być pomocne przy tłumaczeniu prozy tak trudnej i złożonej postaci, jak Gombrowicz… który także do pewnego stopnia analizował ludzką kondycję i nasze funkcjonowanie.

DB: O, tak.  

Wszystkie te formy i to bycie – nie wiem, jak to Pani przetłumaczyła – “dzieckiem podszytym”…

DB: O, tak, to było naprawdę trudne. Najtrudniejsze. Zakładając, że Gombrowicz skorzystał z dobrze znanego idiomu “wiatrem podszyty”, musiałam stworzyć coś podobnego, ale też brzmiącego dziwnie po angielsku i mającego w sobie tę dynamikę. Zmagałam się z tym. Bill Johnston, Anglik, wspaniały tłumacz polskiej literatury, który ożenił się z Polką, bywał w Polsce i zna język polski bardzo dobrze, przetłumaczył jedno z opowiadań Gombrowicza, gdzie wyrażenie to występuje jako “wewnętrzne dziecko”. Według mnie to nie było wystarczające.

Znalazłam więc to… nie jest zbyt dokadne, ale myślę, że działa. „The child runs deep”. Pochodzi z angielskiego idiomu “quiet rivers run deep”. Oddaje więc jakoś ten głęboki, podskórny prąd „dziecięctwa”.

Chciałabym zapytać też o Pani tłumaczenie książki Pani ojca, „Znaczy kapitan”. Czy to rodzaj ukłonu albo długu wdzięczności? Dlaczego sądzi Pani, że ta książka mogłaby zainteresować angielskojęzycznego czytelnika?

DB: Rozmawiałam o tym z kimś w Polsce i usłyszałam, że próbowano ją już przetłumaczyć ją na angielski, ale… była zbyt polska. To nieprawda – mój ojciec podróżował po całym świecie i jego książka zawiera dużo informacji o różnych kulturach, ich psychologii i zwyczajach. Jest uniwersalna. Temat interesuje sporo osób. Tu, w okolicach Bostonu, żyjemy otoczeni przez ocean; jest tu wielu marynarzy, żeglarzy. Mam także sygnały od Polonii w Chicago, że mogą być zainteresowani publikacją książki. I znowu, muszę mieć absolutną pewność, że mój język będzie dokładny. Jest to kwestia technologii i terminologii, której nie znam nawet w języku polskim. Mam przyjaciela, który był uczniem mojego ojca, Jerzy Tarasiewicz. On i jego żona są żeglarzami. Płynęli przez Atlantyk, uciekając z Polski, a więc wie on dużo o żegludze. Zna się na terminologii, po polsku i po angielsku. I jest gotowy mi pomóc. Pracowałam nad tą książką od 2013 roku. Oczywiście, dotyka mnie osobiście, jest pięknie napisana, ale jeśli pytasz mnie, czy tłumaczę ją dlatego, że to książka mojego ojca – powiem nie. Tłumaczę ją dlatego, że jest to dobrze napisana książka. Wcześniej nie byłam na nią gotowa, ale teraz, gdy tłumaczenie Gombrowicza jest ukończone i po kilku warsztatach pisarskich poświęconych literaturze faktu, poczułam, że czas spróbować.

Pani ojciec był żeglarzem i kapitanem żeglugi wielkiej, ale także pedagogiem. Przeczytałam, że założył w Birmingham w Anglii szkołę dla osieroconych chłopców z Syberii. 

DB: Tak. Był utalentowanym pedagogiem, młodzi ludzie bardzo go szanowali. Po pierwsze, był przed wojną przez kilka lat instruktorem na „Darze Pomorza”. Zaproponowano mu pracę starszego oficera, ale pracował głównie jako trener kadetów. O poprowadzenie tej szkoły w Birmingham poprosiły go brytyjskie władze. Była to szkoła średnia, ale także trening do marynarki. Jedną z jego reguł było: “Ci chłopcy widzieli już wystarczająco wiele i nie potrzebują więcej kar”. Raczej tłumaczył więc niż karał. Były w związku z tym podejściem pewne kontrowersje.

 “Brak dyscypliny”?

DB: Tylko że dyscyplina była. Wiesz, jesteś kapitanem swojej duszy. Dyscyplina, silna wola, zdecydowanie. On był urodzonym pedagogiem. Może to nie jest dobre słowo, bo oznacza bardziej uczonego… był edukatorem i świetnym przykładem dla mnie. Nigdy mnie nie krytykował, ale zdecydowanie stawiał granice. Bez karania, ale z tym pytaniem „Co ty robisz, dlaczego robisz coś takiego?”.

Próbował raczej odwoływać się do sumienia niż mechanicznie karać.

Tak. W owych czasach cerowało się skarpetki, więc cerowałam je, a on mawiał: “Nie ceruj skarpetek, czytaj zamiast tego książki”. Nie jestem więc feministką, robię to, co jest dla mnie naturalne. (śmiech).

Nie potrzebuje Pani ideologii.

DB: Nie, moja mama, jak wiesz… (śmiech)

Tak, mając w domu taki przykład. Kiedy o niej czytałam, myślałam o Emilii Earhart. Pływała Pani z ojcem na statku, a czy latała Pani samolotem z mamą w roli pilota? 

DB: Nie. Jej siostra została pilotką szybowców. Tuż przed wojną aeroklub krakowski miał zamiar podarować  mamie awionetkę, ale wojna wybuchła, więc wiemy, co się stało… Ona zawsze się denerwowała w trakcie lotu… a kiedy ktoś leciał tutaj z Anglii przez Atlantyk, widziałam, jak się spina. „Wiesz, startowanie jest trudne, lądowanie jest trudne”,  mówiła… (śmiech)

Ale przecież nie robi się tylko rzeczy łatwych… i Pani jest tego najlepszym przykładem. Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała: Lidia Russell

Boston, Massachusetts, sierpień 2016-styczeń 2017

Danuta Borchardt urodziła się w Polsce. Podczas II wojny światowej, jako nastolatka, trafiła jako uchodźca do Londynu. Tu skończyła szkołę średnią, a potem Royal College of Physicians and Surgeaons, szkołę medyczną w Dublinie, w Irlandii, w 1953 r. W 1959 r. przeniosła się do Bostonu, Massachussets, gdzie w 1965 r. zakończyła specjalizację w psychiatrii na stażu w Massachusetts General Hospital. Pracowała później jako psychiatra i Clinical Instructor in Psychiatry w Harvard Medical School, aż do emerytury w 1993. We wczesnych latach osiemdziesiątych zaczęła pisać opowiadania (po angielsku), które zostały opublikowane w Exquisite Corpse. Jej twórczość pojawiła się również w magazynie An Exquisite Corpse Reader i Cybercorpse. Na emeryturze rozpoczęła też tłumaczenia z j. polskiego na angielski. Jej przekład „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza opublikowało w 2000 r. wydawnictwo Yale University Press. W 2001 r. otrzymał on nagrodę National Translation Award. W 2003 r. otrzymała stypendium Fellowhsip of the National Endowment for the Arts na ponowne przetłumaczenie “Kosmosu” Witolda Gombrowicza. Publikacja ukazała się nakładem Yale University Press w 2005 r. i również Grove/Atlantic, Inc. Jej tłumaczenie “Pornografii” Gombrowicza, za które otrzymała nagrodę Found in Translation, ukazało się nakładem Grove/Atlantic, Inc. w 2010 r. Jej tłumaczenia wierszy polskiego poety Cypriana Kamila Norwida opublikowało w 2011 r. wydawnictwo Archipelago Books jako POEMS. Jej tłumaczenie  “Trans-Atlantyku” Gombrowicza opublikowało w marcu 2014 r. wydawnictwo Yale University Press. Tłumaczenie to zostało nominowane do 2015 PEN’a  Literay Translation Award. Aktualnie Danuta Borchardt kończy tłumaczenie na j. angielski książki swojego ojca “Znaczy kapitan”. 

  

Danuta Borchardt

Danuta Borchardt

Be the Captain of Your Soul 

An interview with Danuta Borchardt noted English translator of Gombrowicz and Norwid. She is also the daughter of a Polish writer and sailor Karol Olgierd Borchard.

Lidia Russell: Your father was a captain, writer, and educator. And your mother was a pilot and painter. Did you feel that your home life was unique? 

Danuta Borchardt: As a child – of course. Then as a young teenager, yes certainly, but when people asked me “Your mother flies, your father sails, what do you want to be?” I said “Panią domu” (“Housewife”).

I live in Gloucester which is a seaport, but really I’m a land-lover, I love the countryside.

You began to translate Polish literature after you achieved professional fulfillment. Your need for professional achievement wasn’t your motivating factor. Translating wasn’t actually related to your carrier at all. You did it after many years of practice as a psychiatrist, during your retirement. Why?

DB: I was primarily interested in writing, even as a young girl I wanted to write. The conditions were such that I had to choose a practical profession, even as an idealist. However, when I was coming to the end of my carrier 35 years later or so… what’s  interesting – is that writing just hit me – in English. So I started writing short surreal stories… a few were published. And suddenly I was reading Cosmos  sitting in my home in Gloucester and I was thinking how beautiful this would be in English. When I started translating, I sent a few pages, maybe a chapter, to professor Baranczak who was at Harvard at that time, and he wrote back “May I use this with my students?”. I thought “My goodness!” Afterwards I got a letter from Timothy Garton Ash (Professor of European Studies at Oxford), a British journalist with a Polish wife, who had been very interested in the Solidarity movement in Poland. I received a letter from him saying that Baranczak recommend me as a translator… could I translate “Ferdydurke”?

You remembered this novel as a challenging reading?

DB: Yes, I had read it years before and I thought “My goodness, I will never be able do it!”. But when an editor asks you… so we exchanged a couple of letters back and forth and finally he said “Well, it is not your fault, because Gombrowicz is untranslatable”… sorry. Baranczak disagreed with Ash’s opinion and sent me to the editor Jonathan Brent, who had just published Diary in English. Baranczak advised me to get in touch with him. And from that it just went on. And eventually when I finished Ferdydurke, I came back to Cosmos. But writing is my first love. Tomorrow I go for a workshop where a small group of us are presenting works of fiction. So that’s how it went.

Gombrowicz said that the translator should be an artist. Well known Polish translator of American literature Jerzy Jarniewicz compared languages to musical instruments, he said that you may play the same piece on piano and on a viola, but it will be completely different music. I like this metaphor, would you care to comment on this? I also read your metaphor – about taking passengers to the other side of the river. As I understand, a river represents various languages and what the translator is trying to bring to the other shore, through these languages – is a sense – a meaning. But sometimes this meaning is inseparable from the language, you can’t achieve it without this specific language, right? It seems to me that in writings of Gombrowicz, as well as in Norwid’s, there are extra values given by the language.

DB: It’s very important of course to catch that music. Various languages not only sound different because they are different, they also have their own cadences. It is difficult when you get to this point. For example I spent some time during the war in Sweden. And I remember (here she gives a few sentences in Swedish), while in English it is a different music, more rounded. Not like a violin, but like a viola, while Swedish is more like a symphony. You know that you don’t transfer everything accurately, although for a while I had a problem with this, because one of the outstanding translators here, Susan Bernofsky (she translates from German) and some other people, were saying about accuracy “Literal or accurate translation is horrible, let’s forget it”. Well, when I was translating Ferdydurke, it was almost word for word. I couldn’t believe it. It had to sound well in English but I had to convey exactly what kind of strangeness he had brought to writing. I was consulting things with my second husband. I needed a native speaker and he would say “we don’t say it in English”. Sometimes it was because I was mixing American with British English. But sometimes I would say “Well, we don’t say it in Polish either, it’s pure Gombrowicz”.

So he had to be inventive?

DB: Well, my husband loved Gombrowicz. He wouldn’t know Polish except “No to co? No to nic”, but he got his ideas and his style, and humor and he really loved Gombrowicz – that music.

Jerzy Jarniewicz said that he usually starts from a very raw and literal translation, and then he works on it. 

DB: Yes. And with Gombrowicz especially, if you translate it literally, it sounds funny. Another thing that Gombrowicz said – for being an artist you must have a sense of humor. Now, when I’m translating my father’s book, I know what Susan Bernofsky and the whole group meant. I cannot translate it word by word. It’s beautiful prose, it’s nonfiction. But if I say exactly what my father said, it just sounds terrible. So without changing the meaning, the beauty of it…

…you have to create a different style in a sense?

DB: I have to deviate from literary. I have to be accurate in terms of facts and of what he is saying, of course, but Polish is a very long winded language, you know, long words, verbs omitted and so on. I have to simplify it. English is so simple and so logical. I love English, it’s gorgeous when speaking or writing with it, you know exactly what you said before, and you can play with it. English is a fixed-order language, which Polish is not.

Had you known former translations of Gombrowicz into English? Could you say where things were lost in translation and why?

DB: Well that was the main reason why I had to do it, because they had been translated from other languages and there were omissions, inaccuracies, and misunderstandings. The end of Ferdydurke was omitted – “Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba” – so I had to put it in. “It’s the end, what a gas/And who’s read it is an ass!”. To translate it from other languages was just impossible. Now translators are more scrupulous.

Jerzy Jarniewicz mentioned that on some translations he’s been working for two years, and that this is how it should be. How long did you work on Ferdydurke?

DB:  I worked on it for seven years, but not full time because I took trips with my husband and so on, but maybe including these two years of work for Timothy Garton Ash. The next one was Cosmos, that was two years. Pornografia” was probably two or three years. I was already familiar with Gombrowicz, although these books were not as “crazy” as Ferdydurke. And then there was Trans-Atlantyk. Stop me if you know the story, but I think it took two translators in England seventeen years to translate Trans-Atlantyk. Well I did it in three.

You were already a pro.

DB: But that was fun, I had to learn older English, had to read Jonathan Swift and some of the older things. It happened actually that I finished reading Moby Dick  and I thought, “Oh that was good language”. So I made a mixture of older and newer language, and even contemporary, because I think that Gombrowicz didn’t stick to one period. He mixed things up too. His language and my language in English were somewhat in synchrony.

Your language as a writer?

DB: Yes, as a writer. In my English writing the content was kind of surreal and the language was a little bit odd, but people accepted it as a little strangeness…

As a form? 

DB: Yes as a kind of idiosyncratic. So that was another thing that made me think of Gombrowicz. Besides, that was my longing for Poland. This is my Polishness being satisfied.

You translated Gombrowicz and Norwid, two Polish genius authors. I remember reading them as a student and how especially delighted I was by Cosmos, which was metaphysical and reflective, and suited my nature so well. Norwid on the other hand was precise, wise and so different. In certain circles in Poland, they are perceived as unique authors, but also controversial, even cursed.  And difficult because of what they do with the language – idiosyncratic or transgressive, going beyond common forms or playing with forms, and so they are not popular.   

DB: No, they are not bestsellers (laugh).

So when you decided – or maybe it was fate that decided – to translate such difficult authors, did you have to become a literary scholar to some extent?

DB: To some extent. As a young girl in London during the war and afterwards, I would read Polish poets and writers, so I had familiarized myself with that. I’m not sure I read Norwid those days, but when I thought about translating Norwid, I came across him sort of in-between when I was translating Gombrowicz and it sort of hit me as something just so amazing, both intellectually and in terms of how he was writing and I thought I must study it. I don’t like contemporary poetry, it just doesn’t speak to me, and I stopped at T.S. Elliot, that’s it. But Norwid… he was contemporary, he had so many contemporary formations. In syntax, the way he looks on the page. So difficult intellectually to translate. And I just fell in love with it. There had been forty translations or more of Norwid into English.

I’ve read a little bit about your cooperation with Agata Brajerska-Mazur from KUL (Catholic University in Lublin).

DB: Yes she happened to be a specialist in Norwid’s translations into English and I somehow found her. Again I was more accurate with Norwid than other people were. Adam Czerniawski was a good translator, but he’s also a poet so he poeticizes it. So again I had to be more close to the text. And also what I loved was the rhyming in English. But I had to be careful and Agata was helping, so I won’t create “rymy czestochowskie” (kitschy rhymes – LR) or something like that in English. I was the main translator and she recognized that I took the trouble to look at Norwid’s background, his times and so on. There are some scholars at KUL, you know, who explain Norwid. I tried to read as much as I could. In fact, one of the books, by professor Sawicki from KUL, was a rare one. So I called one international bookstore here in Cambridge Schoenhof’s Foreign Books and they said “No, unfortunately we don’t have his book and we can’t get it, but try Vienna (laughs)… there’s a certain bookstore in Vienna. So I got in touch with the director there and she had the text, and she sent it to me. So yes, I did research. As for Gombrowicz, I did not become a scholar on Gombrowicz.

Was it more of a relationship between writers?

DB: Yes. Of course I had to know the times, especially with Trans-Atlantyk, what he’s gone through because of the war, and how it reverberates in the book. The funny part and the grim part, the shadows of the war… that was part of my experience too.

Both, Gombrowicz and Norwid, are in a sense super-Polish… this is like ‘Polishness’ raised above ‘Polishness’. They are meta-Polish. They can look at Poland from beyond. It is interesting for me, this common part of their lives abroad and your life. Is their view close to yours? Did you ever have a problem with some Polish threads in their writing?

DB: No problem whatsoever. Because I’m also an outsider – an exile. I felt very much in synchrony with looking at the world from this point of view, from the outside. Gombrowicz was very cosmopolitan and Norwid travelled all over Europe, but they both wanted the human being to be not just Polish but more universal.

Probably Polish is not the first category they would use to describe themselves, but it happened so that they were describing a very Polish condition. 

DB: Of course, but I was really struck, I never knew about what Norwid wrote in one of his poems, about the terrible things that the French and English did to China. For me, emotionally perhaps, I do not know how Norwid really felt about being Polish, but I always felt connection with Poland. And when my mother and I escaped from the Soviets, and we lived in Stockholm and England, I missed Poland dearly. I wanted to go back. My cousins were fighting in the Warsaw Uprising. Finally my mother got fed up with me speaking that I want to go back to Poland and she said “Go” – and that ended it. I’ve been to Poland many times in past years and I know that it’s a different country. I don’t think I want to settle there, but who knows, if I didn’t have my sons here, I might go back. You know, when I go to Poland, I know exactly what the score is, what to do and what not to do.

I will continue on this Polish thread for a while… Both, Gombrowicz and Norwid, were a bit critical in regards to ‘Polishness’. They have seen certain behaviors and rituals as superficial. Looking at the quotes from your father’s book, I found this great piece about our May 3rd Constitution and its celebration with speeches of people who were brought up abroad. What a fantastic fragment about translations and humor of some Polish rituals, especially when celebrated by immigrants or people who are much more multicultural than they think. Poland has these traditions of multiculturalism and a bit comical patriotism. For Gombrowicz it was very visible among immigrants, are you also familiar with that?

DB: This comical part?

Yes, it seems to me that our ‘Polishness’ is lined by some comical features.

DB: I didn’t see these comic things abroad that much. It struck me in Gombrowicz’s writing. What hit me here, in the US, is that the man who came here a long time ago and became very rich and wanted to spend even a million dollars for… fighting with the jokes about Poles (laughs). To spend money on such a silly thing! It seems to me that Polish people are unable to laugh at themselves. They lack a sense of humor.

In England there was a very interesting environment, because there were many authors and writers among Polish refugees. Especially after the war, there were literary meetings there. While here, in America, we have two environments – there are “kielbasa fans” either in Chicago or here in Boston, older immigration caused by economic reasons and poverty, and more intellectual emigration like during Solidarity. Stanislaw Baranczak and his circle. This is a different group. It’s here in Cambridge and in New York.

You can meet so many different immigrants. My experience is also that each generation of immigrants tries to recreate the Poland that they left behind. 

DB: Yes, they try to do a replica.

Now I would like to ask also about your time in Krakow a few years ago. 

DB: Yes, it was part of the award Found in Translation, founded by the Polish Cultural Institute in London and in New York, and the W.A.B. Publishing House from Warsaw. A three month stay in Krakow. They rented an apartment for me in the Kazimierz section. So I was there on the ulica Bożego Ciała and at that time I was translating Cosmos and Norwid. I had terrible technical problems with the computers. I was in Poland in 1968, it was terrible year. Then I visited my father again… so I’ve been through various stages of Poland. But at that time in Krakow, on the ulica Bożego Ciała, there was this pub with music and on the side the name “piwo koszerne” (kosher beer). I didn’t realize that it must have been a sign from before the war. On the side of the building. Stepping back to the time of the Communist Regime, I was struck how badly I was treated in Poland, because I speak very good Polish and people didn’t recognize me as not being native and treated me badly. When I wanted to buy something, I heard “nie ma” (“haven’t got it”). But my son who speaks terrible Polish, was treated like a prince. A few years later, I went to the theatre for Beckett’s plays. The food was fantastic too. After the fall of communism, there was a change from the misery and people looking hungry, to a good economy and how polite they became… and it was at that time that this young woman wrote “Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” (“Snow White and Russian Red”).

Dorota Masłowska.

DB: Yes, and I just loved her first book. This mixture of all the sayings, expressions from the old times to the new times, and it was funny. At that time she was in Krakow because her play “Paw królowej” was being shown.

So you met her?

No, because I was being shy (laughs).

She lived in Warsaw’s Prague when I used to live in Warsaw. The only district not destroyed during the Warsaw Uprising. The district of poor people, many without work, a lot of old chapels in the courtyards of buildings, well preserved and cared for. The artists were settling there.    

DB: Yes, this is where the Soviets waited during the Warsaw Uprising, right? I met some young contemporary Polish writers during other sessions in Poland. And there was a session on Gombrowicz in Wsola, near Radom in 2011, called “panel Gombrowiczowski”. The title was “How to translate great writers” and Rita Gombrowicz was there… and that took place in the mansion that belonged to Gombrowicz family.

You belong not only to two (Polish and American) but even more cultures. You were born in Poland, but today it’s Lithuania, lived in England, spent some time in Sweden, studied in Dublin and settled in Massachusetts. Did it influence your work as a translator?

DB: The culture was actually western culture. There are certain similarities between Sweden, England and Ireland. As for a language… yes, I have a certain facility for languages. As a child of 5 years old, we went with my father for a sail through the Mediterranean, and my father would leave me and my mother near Athens for a while. So I would play with the local children and I would pick up on the languages. The same in Italy, and it wasn’t an achievement, it just happened. You know in a way I’m a very simple person. People ask me “Well, what are your credentials for having done all of this?” I would say “My knowledge and love for the Polish language and of the English language”. I was fascinated by this logical sequence in English.

Yes, I recently read an interview with Jerzy Jarniewicz and he also mentioned the beautiful logic of English.

DB: I met Jerzy a few times, he likes my translation. He criticized the previous translations of Gombrowicz. He was also very helpful when I was translating. That’s another thing – I do not work alone. My family, friends, Thom my husband. I’m not shy to ask people for help and when they really do, I give them credit.

Does your practice as a psychiatrist relate to your contact with literature? For instance, do you build yourself a psychological portrait of the writer when you work on translation?

DB: Not at all, it’s separate. Although I know that Gombrowicz was a very difficult person, but my interest is in the artist.

And when I was writing my short stories and still do I don’t consciously use my psychiatric knowledge and I’ve never written about my patients. I liked my work with people very much, but when I stopped, I stopped and didn’t want to go back.

Certainly through your practice you deepened your knowledge about a human being so that might have been a help in translating writing of such a difficult and complicated human being like Gombrowicz… who also to some extent analyzed the human condition and functioning of the person.

DB: Oh, yes.  

All these forms, and being – I do not know how you translated it – “dzieckiem podszytym”…

DB: Oh, that was a really hard one. The hardest part. My premise was that he used a well-known idiom “wiatrem podszyty” which means “lined with the wind”. So I had to recreate something similar to that but recognizable in English as a strangeness, but also have this dynamic feel to it. So I struggled with it. Bill Johnston an Englishman who is the great translator of Polish literature, married to a Polish woman, was in Poland and knows Polish very well. He translated one of Gombrowicz’s stories where that also occurs as “the child within”. I thought it was not enough. So I found this… it’s not that accurate, but I think it works. “The child runs deep”, it comes from the English idiom “quiet rivers run deep”. So there is a deep current underneath, somehow.

I would like to ask about the translation of your father’s book. Is this a kind of acknowledgement or a debt of gratitude? Do you think that this book might be interesting for an English speaking reader?

DB: I was speaking with someone in Poland about it and the person said that somebody was trying to translate it into English, but it was too Polish. It’s not true, my father was travelling all over the world, and he gave psychological and custom information about these people. It’s quite universal. The theme is important for many people, we’re surrounded by the oceans and have many sailors here. And also from the Polonia in Chicago I have signals that there might be interest in publishing it there. So again I have to be sure that my language is absolutely accurate there. There is a question of technology and terminology that I’m not familiar with even in Polish. I have a friend, he was my father’s student and he also is a sailor and his wife too, Jerzy Tarasiewicz. They sailed, escaped from Poland and sailed through the Atlantic, so he knows a lot about sailing; and knows English and Polish terminology. And he is very keen to help me with that.

I’ve been working on this book since 2013. It hits me personally of course, it’s beautifully written, but if you ask me if I translate it because it’s my father’s book – no, because it’s a well written book. I wasn’t ready for that book earlier, but now when Gombrowicz is finished and after attending a few writers’ workshops on non – fiction, I felt “Well, I’ll try”.

Your father was a sailor and captain, but he was also a pedagogue. I read that he founded a school for orphan boys from Siberia in Birmingham, England. 

DB: Yes. He was talented pedagogue, very much liked by young people. First of all, he was an instructor on Dar Pomorza for a couple of years before the war. They offered him a job as a senior officer, but most of his work was training the cadets. The British authorities asked him to run a school in Birmingham, it was a high school but for naval training as well. So that was what he did. And one of his rules was “These boys have seen enough in Siberia, they don’t need any more punishment”. So he tried to reason with them rather than punish. Eventually there was some controversy about that.

“There was no discipline”?

DB: Yes, there was. You know, you are the captain of your soul. Discipline, strong will, absolutely. So he was a kind of natural pedagogue. Maybe it’s not the right word, it means a scholar… educator. As an educator, he was a great model for me too. He never criticized me but he certainly set limits. Without punishing, but with this question “What are you doing, why are you doing this?”

Rather trying to call on your conscience than mechanically punish.

DB: Yes. Also, in those days we used to darn socks but he would say “Don’t darn socks, read books instead”. So I’m not a feminist, I do what feels natural to me (laughs).

You don’t need an ideology.

DB: No, remember my mother (laughs).

Yes, what an example, reading about her I’ve been thinking of Emilia Earhart. You have been sailing with your father, have you been flying with your mother?

DB: No. Her sister became a glider pilot. Just before the war the aeroclub in Krakow made my mother a gift of an airplane. But she was always nervous while flying… when someone was flying here from England, I saw her tense up. You know, starting is difficult, and landing is difficult (laughs).

But one doesn’t do only what’s easy and you are a perfect example. Thank you very much for the conversation.

 

By Lidia Russell.

Boston, Massachusetts, August 2016-January 2017 

 

Danuta Borchardt was born in Poland before World War II. As a teen-ager she found herself as a refugee in London, England. There she completed her high school education and went on to graduate from the Royal College of Physicians and Surgeons in Dublin Ireland, in 1953. She immigrated to Boston Massachusetts in 1959 where she completed her residency training in psychiatry at the Massachusetts General Hospital in 1965. She then worked as a psychiatrist and as a Clinical Instructor in Psychiatry at the Harvard Medical School until she retired in 1993. In the early 1980s she began to write short stories (in English), several of which were published in the Exquisite Corpse. Her work has appeared in An Exquisite Corpse Reader and in the Cybercorpse on the internet. She has worked as a translator from Polish into English since her retirement in 1993. Her translation of Witold Gombrowicz’s Ferdydurke was published by Yale University Press in 2000 and received the National Translation Award in 2001. In 2003 she was given a Fellowhsip  from the National Endowment for the Arts to retranslate Witold Gombrowicz’s Cosmos, which was published by Yale University Press in 2005 and later, in paperbacks by Grove/Atlantic, Inc. Her translation of Witold Gombrowicz’s Pornografia for which she received the Found in Translation Award was published by Grove/Atlantic, Inc. in 2010. Her translation of poems by the Polish poet Cyprian Kamil Norwid was published by Archipelago Books in 2011 as POEMS. Her translation of Gombrowicz’s Trans-Atlantyk was published in March 2014 by Yale University Press and received nomination for the 2015 PEN Literary Translation Award. Currently, she is finishing the translation of her father’s novel Znaczy Kapitan  (I Mean, Said the Sea Captain).

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *