Karina Bonowicz
2 Comments

Cały ten zgiełk

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

15571130_1086189141507374_1451229439_nPowiedzieć, że Marcel Woźniak, pisząc biografię Leopolda Tyrmanda, odwalił kawał dobrej roboty, to za mało. Bo napisać książkę w taki sposób, że ja, która nie uważam się za wielbicielkę Tyrmanda, zarwałam (i to nie zdając sobie sprawy!) noc, żeby ją przeczytać, to dopiero sztuka. 

O Tyrmandzie wiedziałam tyle, co wszyscy: że „Zły”, że „Dziennik 1954”, że jazz, że bikiniarze, że Ameryka. I ta wiedza przez długi czas mi wystarczyła. Ale „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie” odczarowała moje myślenie o Lolku.
I niemała w tym zasługa oryginalnego stylu tej biografii. Bo Woźniak piszę ją jak powieść awanturniczo-przygodową, tyle że bohater jest autentyczny, a w tle rozgrywa się historia przez duże „H”. Sposób, w jaki „podaje” nam Tyrmanda, jest tak atrakcyjny, że nawet to, co teoretycznie powinno się nam dłużyć, czyli nagromadzenie materiału faktograficznego czy przedstawianie tła historycznego (mniej lub bardziej znanego czytelnikowi) wciąga. Autor bawi się trochę konwencjami. Zaczyna jak opowieść niemal z Schulza o żydowskiej etymologii nazwiska Tyrmand (by potem przyznać – ustami Tyrmanda zresztą – że przecież jak na wikinga przystało, nazwisko to musi mieć rodowód skandynawski), żeby potem przejść do wojennych historii Lolka, które zaczynają przypominać odcinki „Stawki większej niż życie”. Myliłby się jednak ten, kto myśli, że przez tego rodzaju prowadzenie narracji Woźniak zbliża się do tego, z czego słynął Tyrmand, czyli zatarcia się granicy między prawdą od mitotwórstwem. Nic z tych rzeczy. Nie ma tu żadnych spekulacji ani puszczenia wodzy fantazji (choć opisywanie losów Tyrmanda rodzi taką pokusę). Fakty nade wszystko.

Autorowi udaje się coś niezwykłego: stopniowe odczarowywanie postaci Tyrmanda, które polega na demaskowaniu tego, co było faktem, a to co stanowiło element jego legendy (którą sam zresztą tworzył) za pomocą tekstów czy samych wypowiedzi Lolka. Bo to rzetelna biografia. Poparta imponującym materiałem faktograficznym, jak i fotograficznym, o którym nie zawsze mieli pojęcie nawet najbliżsi członkowie jego rodziny. Doskonale sprawdza się też wplatanie w nią fragmentów tekstów samego Tyrmanda, zwłaszcza „Dziennika 1954”, co daje niesamowite, surrealistyczne wrażenie, jakby sam zainteresowany komentował słowa biografa. Marcel Woźniak przeczesuje kolejne etapy życiorysu Lolka, ale udaje mu się uniknąć – tak niebezpiecznego dla biografów – oceniania czy bezkrytycznego podejścia do opisywanej postaci. Widać, że bierze na siebie rolę rekonstruktora losów Tyrmanda, który jednakową uwagę poświęca sprawom ważnym, jak to, czy Tyrmand pisał dla „Prawdy Komsomolskiej”, jak i błahym, jak to, że opuszczając ogarniętą wojną Warszawę, Lolek zabiera ze sobą słoik z brylantyną. Bo wie, że czytelnik sam zdecyduje, co jest dla niego bardziej istotne. Puentuje także znakomicie. Rozmowa z dziećmi Tyrmanda, z którymi spotyka się w Nowym Jorku, jest jak klamra spinająca wstęp odautorski z epilogiem. Wędrówka biografa śladami legendarnego bohatera znajduje swój finał w spotkaniu z jego potomkami, którzy wciąż poszukują prawdy o swoim ojcu.

Zmieścić (i uporządkować!) w jednej książce cały ten zgiełk poświęcony Tyrmandowi –  to jedno. Napisać w taki sposób biografię, żeby czytelnik, który nie przepada za bohaterem tej biografii, nie mógł się od niej oderwać – to drugie. Chapeau bas, panie Woźniak!

 

Karina Bonowicz

 

Marcel Woźniak, „Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka, jak moje życie”

Wydawnictwo MG

2 Responses to Cały ten zgiełk

  1. Joseph Hart December 17, 2016 at 3:01 am

    Zaciekawiła mnie pani. O Tyrmandzie wiedziałem nawet mniej niż pani. Poza tym nie mam pojęcia o “hałasie” na jego temat (żyję sobie spokojnie w Stanach). Domyślałem się, że był pochodzenia żydowskiego – tak jak ja (no ale co z tego)… Wygląda na to, że według pani zdania książkę o nim warto przeczytać – może spróbuję.
    Pozdrawiam

    Reply
  2. Karina Bonowicz December 17, 2016 at 11:59 pm

    Myślę, że warto spróbować. I mówię to jako osoba, która (nadal) nie jest wielbicielką Tyrmanda. A przeczytałam tę książkę z dużą przyjemnością.

    Pozdrawiam

    Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *