Lidia Russell
No Comments

Po drugiej stronie wiatru – Florida Keys

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

16129638_10212013870009236_1764162708_o

 

Piękno natury w Stanach Zjednoczonych wciąż mnie zaskakuje. Kilka wieków mniej cywilizacji tzw. postępu i setki ekstra mil robi różnicę. Podziwiam też, jak Amerykanie nauczyli się o to bogactwo dbać. Jacy są opiekuńczy, proaktywni i restrykcyjni, jeśli chodzi o swoje powietrze, faunę i florę. Jak ze wszystkim na Nowym Lądzie (z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę), okupili to gigantycznym wysiłkiem pionierów, w tym przypadku ruchów ekologicznych. My mamy szczęście – możemy z owoców ich pracy korzystać bez tego samego wysiłku, ale mamy też odpowiedzialność – by ten stan rzeczy utrzymać.

 

16122139_10212013856368895_847434061_o

 

16121529_10212013865689128_661118912_o

 

 

Florida Keys to ładny przykład takiej opieki. Komponuje się dobrze z turystyką, która jest tu nieinwazyjna. Łańcuch koralowych wysp w Cieśninie Florydzkiej, otoczonych spokojnymi wodami Atlantyku po jednej stronie i Zatoki Meksykańskiej po drugiej, fanów i obrońców tropikalnej przyrody przyciąga egzotyczną roślinnością i licznymi gatunkami kolorowych ryb, motyli, ptaków, gadów oraz zwierząt, na wolności i w rezerwatach, bo niektóre to ginące gatunki. Wzdłuż archipelagu ciągnie się rafa koralowa znana jako Florida Reef, o długości 270 km – trzecia największa na świecie. Ciepłe, płytkie wody odżywiają koralowce i wspierają delikatny ekosystem: gąbki, ostrygi, ameby, kraby, rekiny, żółwie, ślimaki… Ocean żyje tu bardzo dosłownie i Keys to wymarzone miejsce do nurkowania.

 

16145855_10212013856488898_1910753064_o

 

16145820_10212013862169040_334136829_o

 

Ludzie przyjeżdżają tu jednak głównie plażować. Najpiękniejszą plażę ma mieć wyspa złożona w zasadzie z czterech wysp o wspólnym imieniu Islamorada. Egzotyczna nazwa przywołuje na myśl biały piasek, palmy, turkusową wodę itd. Zwiedzeni sławą, zdjęciami w folderach (jako fotograf-amator z długim stażem wiem, że można zrobić piękne zdjęcie w nieciekawych miejscach, ale zawieszam tę wiedzę i daję się uwodzić) i narracją, jaką sobie wokół Islamorady zbudowaliśmy, ruszamy w drogę. Jeśli będziemy jechać szybko, powinniśmy dotrzeć tam z Key West w dwie godziny. Na mostach mijamy pelikany, rowerzystów, spacerowiczów i wędkarzy. I jak to zwykle bywa, gdy zaczyna się realizować jakiś plan, znienacka pojawia się przeszkoda. Od początku ma spore rozmiary – od pewnego mostu przykrywa całe niebo. Wyspy, które ciągną się przez 240 km, łączy łańcuch mostów przez Atlantyk i trudno je policzyć, a najsłynnieszy jest Siedmiomilowy Most, przez który prowadzi nasza Zamorska Autorstada nr 1; całość szczególnie pięknie wygląda na zdjęciach „z lotu ptaka”. Granatowoszare chmury nad zielonymi wodami teraz wyglądają jednak groźnie, a mój mąż jest mistrzem przygody, zwłaszcza za kółkiem i jeśli tylko coś sobie postanowi, powodzenia tym, którzy chcą go od tego odwieść (myślę, że w jakiś przewrotny sposób nasz związek cementuje podobieństwo charakterów w tym względzie), więc jedziemy. Chmury coraz niżej i coraz czarniejsze, wiatr porywisty, a my wciaż jedziemy z upartą prędkością, choć od pewnego momentu nie widać już, po czym i dokąd, bo woda zalewa strugami szyby i nawet światła samochodów są tylko sugestią we mgle. Trwa to przez kilkanaście minut, podczas których nie zastanawiam się, jakiej ważnej rzeczy w życiu nie domknęłam, bo jestem zajęta doradzaniem w kwestii świateł i prędkości (w pewnych sytuacjach błyskawicznie staję się ekspertem) i spór trzyma nas na kursie, wichura szaleje, ale wypożyczony jeep nie wpada na żadną przeszkodę i jakimś cudem nie spadamy z kolejnych mostów. A gdy zjeżdżamy na pobocze i ulewa oraz wicher ustają, obok auta na trawniku siedzi duży szary ptak nieznanego gatunku, śmiesznie czubaty (zmoknięta śniada czapla?) i patrzy w dal, jakby się zamyślił.

 

16145622_10212013861969035_2107970640_o

 

16129753_10212013870209241_1677203701_o

 

 

Logicznie rzecz biorąc, powinna teraz na nas czekać nagroda w postaci przepięknej plaży z ciepłym piaskiem, atmosferą sekretnej laguny i wodą o idealnym kolorze i temperaturze (oraz lunchem, który spakowaliśmy do bagażnika). Jednak tylko lunch i kolor okazują się realne. Pierwsza plaża z parkingiem na Islamoradzie zajmuje kilka metrów kwadratowych zaludnionych trzema czy czterema rodzinami, co na tej przestrzeni stwarza tłok, nawet jeśli połowy rodzin stoją po kolana w wodzie, gdzie wyglądają na szczęśliwe. Z drugą nie jest lepiej, ale prowadzi z niej wzdłuż wody dokądś drewniany pomost wśród drzew, i już mamy tę wizję sekretnej czekającej na nas trzeciej plaży prawie zupełnie zmaterializowaną, gdy trafiamy na wiatę z drewnianym stołem i ławami, na wodzie – i nie można nie skorzystać z takiego zaproszenia, rozpakowujemy więc lunch.

 

16145755_10212013869849232_1964754620_o

 

16121487_10212013856208891_998421821_o

 

Pierwszy raz widzę czaple z tak bliska. Widziałam raz jedną nad stawem Spot Pond w Stoneham, Massachusetts. Wyskoczyłam wtedy z autobusu i pobiegłam zrobić jej zdjęcie, a potem próbowałam w komputerze powiększać i nastawiać ostrość, bo było to wydarzenie. Wpatrują się w oko aparatu. I mniejsza już o to, że w życiu tych czapli my nie stanowimy absolutnie żadnego wydarzenia i jak niezwykłe byłoby zajrzenie choć na chwilę za zasłonę ich percepcji, ale – jak smutne jest to, że nasza własna percepcja tak szarzeje już przy trzecim czy czwartym podobnym „wydarzeniu” (bo czapli jest na Keys zatrzęsienie); że pojawia się ten filtr, bariera, która nie dopuszcza wrażeń do miejsca, w którym odbieramy je jako olśniewające, niepowtarzalne, epifanię. Są tacy, którzy widzą dokładnie każdego wróbla, który przetnie im drogę, w całej jego małej chwale. Wspaniale, ale do nich nie należymy. Czaple wkrótce nam spowszednieją. Ale na razie dwie piękne – i pewnie głodne – śnieżne czaple przekrzywiają głowy, spodglądając z barierki wiaty na nas, te dziwne istoty, gdy się posilamy.

 

16129676_10212013872769305_2081995013_o

 

16122361_10212013856288893_1544275250_o

 

Potem jest gorzej: pomost przecina znak stop i drewniana barierka, więc schodzimy w błoto. Coraz więcej insektów, a my brniemy naprzód, bo wizja się nie poddaje, aż do momentu, gdy przez milę musimy zejść do oceanu i sunąć dalej po kolana w wodzie, mule i wodorostach, wśród ryb, a z zielonych zatoczek Islamorady podglądają nas plażowicze. Wyglądają, jakby zostali tu od wczorajszej imprezy. Powoli godzimy się z tym, że nasza wymarzona plaża nie istnieje, a przynajmniej nie tu i nie dziś. Przedzieramy się na brzeg i przez chaszcze aż do autostrady i wędrujemy smętnie jej poboczem z powrotem.

 

16130020_10212013873089313_781664495_o

 

16145103_10212013866849157_1957526969_o

 

 

By nie było tak smętnie, dostrzegamy jednak metr przed nami i od autostrady spacerującą po trawie wielką pomarańczową iguanę. Moja pierwsza iguana! (Drugą, zieloną, widzieliśmy przy parkingu Home Depot w Key West). Moja radość jest instynktowna, irracjonalna i przypomina reakcję znajomego dwulatka na widok samochodu straży pożarnej. Nie uwzględnia przyczyn, konsekwencji, niebezpieczeństw, biegnę więc za tym pięknym zjawiskiem z aparatem, dostrzegając nagle na spękanej ziemi wokół iguany spore jaszczurki, jedną za drugą, mknące w stronę wody, szybsze prawie niż mijające nas samochody.

 

16129918_10212013874449347_499948277_o

 

16129340_10212013869889233_948519325_o

 

Trochę przygody – bo najwyraźniej nagrody są rzadkością, a jeszcze rzadziej wyglądają tak, jak nam się zdaje, że powinny. Jaszczurki znikają zanim zdążę je uwiecznić albo stwierdzić, czy są niebezpieczne.

Trudno w to uwierzyć, ale archipelag Florida Keys liczy aż 1700 koralowych wysp i wysepek. Pierwotnie zamieszkane były przez Indian, a odkryli je w 1513 r. Hiszpanie i właśnie z tego języka pochodzi nazwa „Key”, bo hiszpańskie „Cayo” to mała wyspa. Przez lata prowadził tędy ważny szlak handlowy, z Nowego Orleanu na Wyspy Bahama. Transakcje odbywały się też z pobliską Kubą, skąd przybyło tu najwięcej imigrantów. Na początku XX w. wyspy połączyła kolej – niesamowite mosty kolejowe nad oceanem, aż po Key West, budowano długo, bo prace utrudniały huragany i tropikalne cyklony. Najgorszy – i jeden z najgorszych w historii całego USA – nawiedził okolice Islamorady w 1935 r. Wiatr pędził wtedy z prędkością 320 km/h, a fale osiągały wysokość ponad pięciu metrów. Wichura i woda pochłonęły ponad 400 osób, w tym 200 weteranów I wojny światowej, którzy pomagali przy budowie kolei. Ostatnim wielkim huraganem był tu Georges, który w 1998 r. spowodował szkody i powodzie także na Karaibach. Nasza podróż na Islamoradę najwyraźniej miała przypomnieć nam o historii tego regionu i o tym, że natura bardzo harmonijnie łączy tu w sobie niebywałą łagodność i spokój z grozą szalejących żywiołów. Fragmenty magistrali oglądać można wzdłuż biegnącej mostami autostrady – wyglądają dumnie i nieco surrealistycznie – urwane przez wodę, nigdy nie dokończone.

 

16145158_10212013874489348_1404985890_o

 

16129396_10212013865649127_1052213819_o

 

Zastanawiam się, jak można żyć w miejscu, z którego co kilka lat jest się ewakuowanym w huraganowym sezonie na stały ląd? Akcje ewakuacyjne trwają ponoć od 12 do 24 godzin. Tropikalne cyklony i huragany wymuszają na architektach budowę domów na wysokich betonowych palach, ale takich domów jest może na wyspach 1/3. W 2005 r. niszczycielski huragan dotarł do Key West i w trakcie jego trwania niżej położone części miasta znajdowały się nawet dwa metry pod wodą. Zastanawiam się, jaki trzeba mieć charakter, by godzić się na tego rodzaju ryzyko. A może właśnie ta tak wyraźnie tu widoczna siła Natury pomaga mieszkańcom Keys myśleć o tym, że są tylko tego ekosystemu małą częścią i ich zadaniem jest również tę Naturę chronić?

 

16129230_10212013867569175_607540902_o

 

16122096_10212013865329119_1823233639_o

 

Naszym kolejnym celem jest wyspa o nazwie Marathon i jej plaża Sombrero Beach, mocno międzynarodowa. Wokół słychać hiszpański, szwedzki, duński, niemiecki i akcenty z różnych rejonów Stanów. Ta plaża dorównuje swojej sławie: jest rozległa, piaszczysta i czysta. Dno jest gładkie, a wody przezroczyste i pływa się tu doskonale. Palmy zapewniają tyle cienia, ile trzeba, a w dodatku na tyłach plaży zbudowano duży plac zabaw dla dzieci, które rozpiera energia lub które są już zmęczone wodą, więc plaża jest też cicha. Parking i plaża są bezpłatne. Na zjeżdżalni i huśtawkach późnym popołudniem bawią się dwudziestolatki.

 

16129267_10212013866569150_253684106_o

 

16122253_10212013866969160_1018613085_o

 

Marathon ma jeszcze jedną świetną atrakcję dla dzieci – Szpital Żółwi, do którego trafiają wszystkie chore czy zranione żółwie morskie z Keys i gdzie otrzymują opiekę, rehabilitację – i dużo miłości, a potem wracają na wolność. Richard Moretti, założyciel tego niezwykłego miejsca, był mechanikiem samochodowym w Volkswagenie w New Jersey, zanim odkrył swoją pasję. Jego burzliwy życiorys posiadacza „bardzo szybkiej łodzi”, ratownika Kubańczyków, rybaka, potem właściciela motelu Buena Vista, w którego basenie stopniowo pomieszkiwało coraz więcej morskich ryb i ssaków, aż zaczął przyciągać szkolne wycieczki, pokazuje, że czasem do naszego życiowego powołania wiedzie dziwna droga. Dziś nie tylko opiekuje się żółwiami, ale też działa na rzecz ich bezpieczeństwa na wyspach. Prowadzi jedyny żółwi szpital na świecie, a dzieci są tu bardzo częstymi gośćmi. Mówi, że każdy żółw jest dla niego kimś specjalnym i że kocha je wszystkie. Dodaje też, że kiedy mieszka się w takim łańcuchu wysp, jak Keys, człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jaki sam jest nieistotny – i jakie to dobre, prawdziwe „ego check”.

 

16145367_10212013865569125_343960079_o

 

16121397_10212013865409121_496173613_o

 

Wśród wysp i miasteczek Keys kilka cieszy się szczególną estymą: to Key West (o którym było już w osobnym artykule), Islamorada, Marathon, Key Largo i Park Narodowy Dry Tortugas (wyspy kształtem przypominają żółwie). Na Key Largo jest bar pełen podobizn i zdjęć Humpreya Bogarta i a propos oglądamy tu pewnej nocy „Key Largo” (1948), bo nie sposób odwiedzić Key Largo i nie obejrzeć tego klasyka o mrokach i blaskach ludzkich spraw z szalejącą naturą w tle. Swoją drogą to niezwykłe, jak amerykańscy aktorzy mogli się wtedy przez cały film nie uśmiechać i pozostawać gwiazdami. Nieustający uśmiech nie był, jak dziś, oznaką zdrowia, szczęścia lub apetytu na nie i entuzjastycznego nastawienia do świata, ale raczej sugerował frywolny, pozbawiony powagi charakter i brak osadzenia w sobie. Większość filmu z Bogartem i Bacall kręcono w Hollywood, a nie w Key Largo, co trochę rozczarowuje, ale część nakręcono właśnie w tutejszym The Caribbean Club Bar. Tak naprawdę jest to film o sile ludzkiego charakteru, która dorównuje siłom natury. I – zaczynam już rozumieć, dlaczego jest to jeden z motywów przewodnich Keys – o ratowaniu innych.

 

16121499_10212013870289243_1961432647_o

 

Nasz następny cel stanowi National Key Deer Refuge. „Czy może być coś słodszego niż jelonek Bambi?” pyta lokalny magazyn. Prawidłowa odpowiedź brzmi: mini Bambi. Mowa o Key deer – gatunku miniaturowych jeleni z białym ogonkiem, których na Ziemi jest już tylko 300 sztuk, w tym 2/3 z tej liczby na Keys. Malutkie jelonki wyglądają na zdjęciach tak rozbrajająco, że decyzja o zobaczeniu ich na żywo jest oczywista. Wycieczkę do rezerwatu zaczynamy w centrum turystycznym, które mieści się w lokalnym centrum handlowym. Pracownicy są bardzo pomocni, a miejsce ma też fajną księgarnię przyrodniczą z całym działem książeczek dla dzieci. Jeśli nie zobaczymy jelonków w punkcie widokowym, to na pewno zobaczymy je na szlaku wokół punktu widokowego, a jeśli nie tam, to może gdy pojedziemy w głąb rezerwatu, a jak nie, to na pewno, jak będziemy wracać, bo jelonki wychodzą wcześnie rano i o zmierzchu. Uwierzyłam i jestem gotowa wyruszać natychmiast. Nie będzie więc rozbudowanego opisu key lime pie, czyli ostrej limonkowej (z odmiany limonki zwanej Key lime, którą przywieźli tu z Malezji Hiszpanie) tarty z bitą śmietaną – lokalnego deseru, serwowanego we wszystkich kawiarniach na wyspach – i tylko dodam, że w koszu na śmieci, do którego idę wyrzucić opakowanie po tym pysznym specjale, siedzi jaszczurka wielkości myszy, a smak limonki zawsze odtąd kojarzyć mi się będzie z Keys.

 

16121832_10212013874169340_301981179_o

 

16129290_10212013870249242_1997777893_o

 

Punkt widokowy, czyli Blue Hole nie rozczarowuje: jest żółw, są dwa aligatory, nawet jeśli wyglądają na mocno wymęczone, kilka egzotycznych ptaków wśród palmowych liści. Wszystko tak inaczej wygląda na wolności… lista ssaków, gadów i ptaków, które można napotkać w rezerwacie jest niesamowicie długa i obejmuje kilka różnych gatunków pelikanów, dzikich gęsi, ibisów, dwa rodzaje kolibrów, bociana, sowy, flamingi, orły, sokoły, jastrzębie, aligatory, jaszczurki, szopy pracze… i naprawdę widać tu niektóre z nich, tylko jelonka, niestety, ani śladu. Zwiedziona ruchomym brązowym kształtem z białą łatką dojrzanym przez sekundę wśród traw na kolejnym parkingu, wyruszam na szlak z moim towarzyszem podróży i aparatem fotograficznym. Szlak znaczą wielkie tablice z opisami kolejnych gatunków, które można tu napotkać: żab, węży, ptaków i niewielkich ssaków, których polskie nazwy nijak nie przychodzą mi do głowy – bo najprawdopodobniej ich nie ma. Wyspy Keys mają bardzo specyficzny ekosystem, więc nawet gatunki popularne na Florydzie czy przywiezione z Karaibów i Ameryki Południowej rozwijają się tu w podgatunki charakterystyczne tylko dla Wysp. My, oprócz paru gadów, napotykamy tylko gatunek, który sami reprezentujemy – dwa egzemplarze poszukiwaczy ginących jelonków, oba płci męskiej i z aparatem fotograficznym dwa razy większym od mojego.

 

16121530_10212013862089038_1349146992_o

 

Idziemy tak przed siebie dość długo, sama już nie wiem, czy po Big Pine Key, czy już na No Name Key, w dziwnym krajobrazie pełnym wysuszonych czy na pół wypalonych zagajników, z których wystają palmy, wśród podmokłych traw, po czymś w rodzaju podzwrotnikowej sawanny, z namorzynowymi drzewami, w pełnym słońcu, nieco już spragnieni, a jastrzębie kołują nad nami w stadach, czasami tak nisko, że zastanawiam się, czy myślą, że jesteśmy zdobyczą. Po pewnym czasie przestajemy zwracać na nie uwagę. Trochę mi przykro, bo w Massachusetts pojawienie się jastrzębia czy sokoła na drodze odbieram zawsze jako rodzaj magii. Prawie zawsze jest za daleko, nieosiągalny, unoszący się na wietrze, wielki, dziki ruchomy punkt, niby zwiastun z indiańskich legend. A tu – niemal na wyciągnięcie ręki, pomnożony przez sprzyjające warunki naturalne do liczby, w której zwykle widać wróble, pokrzykujący w chórze – przestaje wywierać wrażenie, które mu się moim zdaniem należy, bo jest ptakiem majestatycznym, jak amerykański orzeł, który też tu ponoć często gości, choć my widzieliśmy tylko jednego. Jastrzębie i sokoły nas już nie interesują: my chcemy zobaczyć jelonki!

W końcu godzimy się jednak z tym, że one nie mają takiej samej ochoty na spotkanie, a może zwyczajnie dopełnia się nasza podróż przez rezerwat i zawracamy do auta.

„Cel” to jeden z filtrów, przez które patrzymy na doświadczenia w drodze do celu i który czasem zupełnie nam je zasłania. Po powrocie z Keys wraca więc do mnie stare pytanie o to, co jest ważniejsze: cel czy podróż do niego, która może też okazać się mieć zupełnie inny cel? Można nie widzieć lasu zza drzew, ale można też, szukając lasu, nie zobaczyć drzew, roślin, ptaków, słońca i nawet nie poczuć wiatru.

 

Tekst i zdjęcia: Lidia Russell

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *