Lidia Russell
No Comments

Światło nad oceanem

Decrease Font Size Increase Font Size Text Size Print This Page

32-copy

 

Pamiętam entuzjazm koleżanki malarki, kiedy po raz pierwszy wyjeżdżałam do USA: „O, będziesz tam miała zupełnie inne światło!”. Prawda, że ciekawe, na jakie sprawy kto zwraca uwagę? Miała rację. Światło jest inne. Nawet gdy krajobraz przypomina rodzimy. Tak, jak inne jest we Włoszech, na Wyspach albo w Rosji. I pewnie w tysiącach innych miejsc, w których jeszcze się nie było, by to stwierdzić. Tu w każdym razie kolory są bardziej intensywne, substancjalne, nawet przebojowe. Kontrast odważniejszy, a tony cieplejsze. Łatwiej o wyraziste i spektakularne zdjęcia. A wszystko to, wierzę, ma przełożenie na zachowania emocjonalne i kolorystykę myśli.

 

31-copy

 

 

29-copy

 

Fotografia (fos – światło i grafo – rysuję, piszę) jako pisanie i rysowanie światłem.

Światło jesienią już tak nie wyostrza konturów, jest bardziej miękkie. I to chyba na tyle jesiennej melancholii w USA (jeśli akurat nie pada, bo wtedy robi się bardziej „po polsku”). Zamiast mamy coroczny jesienny festiwal pn. „New England Foliage”, tę niesamowitą feerię barw, które swą intensywnością wyganiają w weekendy z posesji najbardziej zagorzałych domatorów i każą im podróżować w małym wyścigu z czasem, czasami po wiele godzin i mil po to,  by zobaczyć… drzewa. Kolorowe. W świetle. Lecz gdzie indziej. Najlepiej na tle gór. To jest także taki trochę wyścig z przyrodą, próba jej „przechytrzenia”: do nas kolory jeszcze nie dotarły? OK. Jedziemy do New Hampshire; zobaczymy je, zanim przybędą do Massachusetts! Są do tego specjalne strony internetowe, aplikacje oraz mapy pokazujące powolny przemarsz barw przez Nową Anglię w czasie rzeczywistym. Mimo wszystko lepsze niż wyprawa do odległego Targetu, by kupić coś w bardziej atrakcyjnej cenie niż pod domem, co Amerykanie potrafią robić po mistrzowsku, a markety z ochotą organizują im po to nieustające wyprzedaże.

 

28-copy

 

Ponieważ spóźniliśmy się już na (prawie) wszystkie jesienne spektakle w dalszej okolicy, co oznacza, że drzewa wszędzie już wyblakły, zżółkły albo rudo zbrązowiały, czyli polski rozczulająco bliski standard, a w tej bliższej kolory jeszcze nie nadeszły (i niektórzy przewidywali, że to nie nastąpi ze względu na suszę w Massachusetts – a teraz spróbujcie wypowiedzieć to o suszy naprawdę szybko), jedziemy tam, gdzie całe lato wzbranialiśmy się pojechać, czyli na prężące muskuł ramię Cape Cod. Do letniej rezydencji Wschodniego Wybrzeża, którą przewodniki koronują nawet jednym z najpiękniejszych wakacyjnych miejsc na Ziemi. Na piaszczyste i trawiaste wydmy. W wichrze dziejów – by dodać do tego i tak już grafomańskiego opisu osadzenie w czasie.

 

23

 

Bo jedziemy tam przed prezydenckimi wyborami – i tak jak w przypadku 9.11, 11.9 jest datą graniczną i cały amerykański świat podzielił się teraz na „przed” i „po”, nie tylko na zwolenników i przeciwników. Jedziemy odpocząć nie tylko od kampanii. Może nawet na zapas jedziemy sobie odpocząć, od dramatycznie spolaryzowanej atmosfery po wyborach, w której nieopowiadanie się po żadnej ze stron i wzmianka, że istnieje jeszcze bycie independent, przypominać zaczyna kolaborację. Z kimkolwiek komu do nas pasuje. Bo jak można nie rozumieć, że racja jest jedna z dwóch. Nie ma trzeciej strony. Ani czwartej. Ani piątej. Ani wszystkich naraz. To jest logika Arystotelesa i innej jeszcze żaden tłum nie uznał. Zupełnie jak w moim rodzinnym kraju! I nareszcie nie muszę tracić długich godzin na tłumaczenie, co się dzieje w Polsce – mogę stosować zrozumiałe analogie. Tylko jakoś zupełnie mnie to nie cieszy ani nie pociąga.

 

19-copy

 

Co innego światło na Cape Cod.

Tu, pomiędzy trawiastymi wydmami o rozmaitych odcieniach i fakturach, na piaszczystych przyoceanicznych parkingach (za które latem płacić trzeba horrendalne sumy, a po Labor Day wszystko jest za darmo), na wydmowych stokach Truro i na wysokich drewnianych schodach zbiegających dramatycznie na plażę, zachłystuję się nim niemal. Jakby światło było tlenem, a woda spełnieniem marzeń, biegnę do wody, mam znów dwanaście lat i nikt mnie nie złapie: żaden dogmat, persona, aktywność albo człowiek. Kiedy byłam dzieckiem, biegałam się przywitać z Bałtykiem. Tak naprawdę nie była to ucieczka tylko radość ze spotkania.

 

17-copy

 

Bo ocean potrafi pięknie przywracać utracony balans. Przypływ, odpływ. Wielka oddychająca istota, przy której istotność istnienia staje się większa niż jakikolwiek aktywizm. A propos aktywizmu: znajduję tu zakopanego w piasku małża wielkości dłoni. Zastanawiam się, czy żyje… E. przychodzi mi z pomocą i z rozmachem mistrza bejsbolu (lub softballu) wrzuca wysuszone życie daleko do wody, może odzyska witalność. Z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku wpatrujemy się w milczący ogrom fal. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Atlantyk ma swój „byt”, coś w rodzaju zdecydowanej esencji, zupełnie innej niż Bałtyk, który plażą tutaj tak na Cape Cod przypomina. Myślę, że zgodziłby się ze mną niejeden Amerykanin, zwłaszcza Indigenous. Ta woda jest żywa jak życie i jak ono może przerażać. Surowo, dziko, instynktownie, obojętnie patrzy na mnie swoim wielkim okiem, na malutkiego fotografa-amatora, bo zasłaniam się aparatem, który moje radosne gapienie się nań usprawiedliwia. „Tylko nie zadawaj żadnych pytań, mam dziś dużo pracy” – trawestuję sobie w myślach Mary Oliver i piszę na piasku list miłosny do E. i do życia, o który łagodniejąca z brzegiem fala z uśmiechem się rozbija i porywa mi z niego połowę literek. A najbardziej „V”, jak zwycięstwo. Bo czegokolwiek za nie nie uznamy, nie do nas tak naprawdę ono należy – podpowiada ocean.

 

14-copy

 

Światło nie wszędzie jest takie samo, choć jest wszędzie i wszystko oświetla.

Przypomniało mi się, jakie dziwne wrażenie robiła na mnie Ameryka przez pierwsze dwa  lata pobytu: ta pustka jak z Hoppera i „wypłaszczona” kultura jak z esejów Baudrillarda. Powtarzalność krajobrazów, architektury i nastrojów – zupełnie jakby panował tu wszędzie jeden nastrój, jeden zestaw krajobrazów, jedna architektura, z małymi aberracjami. Zupełnie jakbym sama robiła się bardziej jednowymiarowa… Czytam

teraz „Hartland. Pieszo przez Amerykę” Buschera i czuję pokrewieństwo doświadczeń z tym Niemcem maszerującym ze swoją Europą, kulturą i zestawem opinii i nastrojów podszytych melancholią, negatywizmem i pragnieniem przygody przez pustą, pustą Amerykę. Ratuje się opowieściami – a to o papieżu, a to o Karolu Mayu – a tu ciągle dziwnie pusto i rozlegle. Trochę jak tu, teraz, na Cape Cod poza sezonem (gdzie na co dzień populacja liczy ok. 200 tys. osób, a w sezonie powiększa się do 700 tys.). Ale po kilku latach już zupełnie inaczej. Każde miejsce, każda plaża, którą odwiedzamy, mają trochę inne światło, nastrój, kolor, atmosferę. Kontrasty i różnice są zaskakujące, zważywszy na pozorną monotonię piasku, wody, trawy i domów w stylu Cape Cod. Atlantyk też zupełnie inny nie tylko po obu stronach półwyspowego ramienia: ciepły i przymilny, chłodny i wyniosły albo zimny, dziki, groźny. Wszystko w odstępie kilku mil i niecałej godziny. Więc może tak jak z tłumem – to, co na pierwszy rzut oka jednorodne, ujawnia z czasem wiele odmiennych szczegółów. Nie jesteśmy jak krople wody, możemy się pięknie i wzbogacająco różnić.

 

6-copy
12-copy

 

A nawet jeśli pod tymi różnicami jesteśmy w pewnym sensie jak te krople, to i tak – jak powiedzieć miał Mahatma Gandhi – „Nie wolno nam tracić wiary w ludzkość. Ludzkość jest jak ocean; jeśli w oceanie jest kilka brudnych kropel, to ocean nie staje się brudny.”

 

Tekst i zdjęcia: Lidia Russell

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *